Doceńmy zarządzanie Nielsa Frederiksena. Po Aarhus nie ma już śladu

3 godzin temu

Z reguły wyciąganie daleko idących wniosków na podstawie tylko jednego meczu źle się starzeje. Wystarczy cofnąć się do opinii po meczu z Aarhus, gdy niektórzy twierdzili, iż wszystkie tezy (w tym przedstawiane w tekstach na Weszło) o rozwoju klubu są głupotą i Lech to wciąż ten sam Lech sprzed lat. Niels Frederiksen wraz ze swoją ekipą w najlepszy możliwy sposób temu przeczy. Jego zespół mentalnie to dźwignął, nie posypał się i od tamtej pory nie przegrywa.

Oczywiście, przynajmniej do kolejnego lata nikt Lechitom nie wróci marzeń o elitarnej Lidze Mistrzów. Gra tam Slovan Bratysława, gra Sabah, AEK, a nas po raz kolejny tam nie ma.

Z pewnością dla znacznej większości zawodników, członków sztabu szkoleniowego i ludzi z gabinetów to było jedno z największych rozczarowań w życiu zawodowym, jednak nie może umknąć uwadze, jak Lech podniósł się po feralnych wydarzeniach meczu z Aarhus. A zrobił to w naprawdę efektownym stylu i wciąż udowadnia, iż mimo tej wpadki jest na bardzo dobrej drodze.

Spis treści

  1. Klęska z Aarhus nie może zamazać rzeczywistości. Lech w formie mutant
  2. Imponujące powstanie z kolan. Lech to już nie jest ten sam klub, co kiedyś
  3. Co stoi za wynikami Lecha? Szeroka kadra, którą zarządza Niels Frederiksen
  4. Zarządzanie kadrą przynosi efekty. Lech wygrywa mecze ławką rezerwowych
  5. W Lidze Europy możemy być o Lecha spokojni. To gwarancja solidności

Klęska z Aarhus nie może zamazać rzeczywistości. Lech w formie mutant

Czy mecz z Rakowem był w wykonaniu podopiecznych Nielsa Frederiksena jakiś wybitny? No zdecydowanie nie. Mogli wygrać znacznie wyżej, ale równie dobrze wszystko mogło potoczyć się w drugą stronę i zamiast o zwycięstwie rozmawialibyśmy o sporym rozczarowaniu. Tylko… no właśnie – to byłoby wyciąganie wniosków na podstawie jednego spotkania. Moglibyśmy przecież wyjść z tezą, iż mistrz Polski męczył się z ostatnim zespołem w tabeli, który nie ma ani punktu w tabeli, ani trenera na ławce.

Dlatego tak istotne jest szersze patrzenie na trendy, które widoczne są wyłącznie w dłuższym okresie. Po drodze mogą pojawiać się wahania (przykładowo jeden dobry mecz badziewnego zespołu), ale są one wyjątkami od całości. W kontekście Lecha takim odchyleniem będzie właśnie rewanż z Aarhus.

Do rewanżu przy Bułgarskiej z mistrzem Danii dwa zwycięstwa i remis w lidze z Cracovią, a uwaga, już po tej klęsce osiem wygranych i jeden remis. A dla kontekstu dodajmy, iż tym jedynym spotkaniem bez zwycięstwa było starcie z Thun w Szwajcarii. U siebie Lech wygrał 7:0, więc de facto można to uznać za pewnego rodzaju sparing, a na pewno spotkanie bez większego znaczenia.

Lech po rewanżu z Aarhus:
2:1 vs Wieczysta
1:0 vs Klaksvik
3:0 vs Piast
5:0 vs Klaksvik
7:0 vs Thun
2:2 vs Thun
3:2 vs Widzew
2:1 vs Jagiellonia
1:0 vs Raków

Bilans 8-1-0, bilans bramek 26:6. Nie ukrywam, trochę to chore pic.twitter.com/F82iUKNKh5

— Adrian Malanowski (@BundesMalan) September 6, 2026

Minął nieco ponad miesiąc od pożegnania się z marzeniami o Lidze Mistrzów, a w Poznaniu minorowe nastroje zostały skutecznie zażegnane. Pojawiła się ekscytacja Ligą Europy (cel minimum przed startem rozgrywek) oraz wyjątkowo dobrymi wynikami w lidze. Można było kajać się w mediach, wyjść do kibiców i obiecywać wyciągnięcie wniosków, tylko Lech tym się różni od niektórych klubów, iż zamiast wielu słów w przestrzeni publicznej, skupia się na pracy, dającej wymierne efekty.

A te są takie, iż pięć zwycięstw i remis po sześciu meczach to najlepszy ligowy start Lecha w całym XXI wieku! Nawet bez europejskich pucharów na głowie Lechici przez ponad 20 lat nie byli w stanie tak dobrze wejść w rozgrywki. A przecież doskonale pamiętamy, iż szczególnie po zdobytych mistrzostwach Kolejorz miewał naprawdę trudne początki. Choćby w okresie 2015/16 z czterema punktami na koncie zajmował trzecie miejsce, ale od końca.

Imponujące powstanie z kolan. Lech to już nie jest ten sam klub, co kiedyś

Naprawdę imponujące jest to w jak świetny sposób Niels Frederiksen podniósł swoich podopiecznych z tego tąpnięcia i jak gwałtownie tego dokonał. Przecież doskonale znamy przykłady drużyn, które po takich klęskach miesiącami próbowały wrócić na adekwatne tory. Zresztą, w okresie 2023/24 choćby sam Lech zmierzył się z bardzo zbliżoną sytuację.

Rozpędzona ekipa Johna van den Broma wygrywająca mecz za meczem miała praktycznie autostradę do Ligi Konferencji. Przyszła jednak wstydliwa wtopa w Trnawie i marzenia o drugiej z rzędu przygodzie w Europie trafił szlag. Tyle iż holenderski szkoleniowiec swojego zespołu już po tym nie pozbierał. Zdarzały się lepsze spotkania, ale ogólnie Lech już do końca rundy rozczarowywał.

W przerwie zimowej trener pożegnał się ze stanowiskiem, a zamiast poprawy, to było jeszcze gorzej. Żeby nie powiedzieć, iż choćby tragicznie. Władze klubu nie potrafiły wtedy zarządzić kryzysem i skończyło się absurdalnym „Pedro Pedro Pe” na trybunach i Mariuszem Rumakiem żegnającym się z klubem ze łzami w oczach. Tam właśnie był Lech dwa lata temu.

Na starcie tamtego sezonu trendy również były pozytywne (w pewnym momencie było blisko pobicia klubowego rekordu zwycięstw z rzędu), jednak po takim dołku nikt nie potrafił temu zaradzić. Teraz jest inaczej. Niels Frederiksen zrobił to najlepiej jak tylko się dało. Dotarł do swoich zawodników, pomógł im przetrawić to, co się wydarzyło i skupić na kolejnych spotkaniach. Przecież Liga Europy to też progres.

Duńczyk od początku dawał taki sygnał, iż nie ma zamiaru tygodniami rozpamiętywać wydarzeń z dwumeczu z Aarhus, bo to dopiero start sezonu i jeszcze wiele jest do wygrania. Przeanalizował, wyciągnął wnioski i poszedł dalej. A razem z nim cala drużyna, po której w tym momencie widać, iż dobrze się czuje i udało jej się wymazać z głowy ten jeden fatalny – i bolesny w skutkach – mecz.

W trudnym momencie władze klubu znów potwierdziły to, o czym od dawna się mówi. W Poznaniu ani na moment nie zeszli z obranej drogi. Nie zrobiono ani jednego nerwowego ruchu. Wszyscy mieli świadomość, iż zespół idzie w dobrą stroną, a jedna klęska nie może tego zamazać.

Chyba nietrudno sobie wyobrazić, iż inny prezes czy właściciel po dokonaniu wielomilionowych inwestycji w drużynę wymierzonych na Ligę Mistrzów, po 1:4 u siebie i odpadnięciu po karnych z mistrzem Danii, nie wytrzymałby ciśnienia. Pewnie poleciałby trener, a być może i jakaś część zawodników.

Władze Lecha są jednak wzorem cierpliwości i to jest jedna z przyczyn rozwoju klubu. Nauczono się nie skakać od ściany do ściany. Nie ma wielkich osłabień, wielkich rewolucji, myślenia emocjonalnego, jest zielone światło do odejścia piłkarzy, na miejsce których gwałtownie przychodzi ktoś inny. Efektem tego są dwa mistrzostwa z rzędu (z realną perspektywą na trzecie, a być może i jeszcze kolejne) oraz pierwszy od sześciu lat awans do Ligi Europy.

Co stoi za wynikami Lecha? Szeroka kadra, którą zarządza Niels Frederiksen

Nie wszystkie, ale część ekstraklasowych klubów moglibyśmy podzielić na dwie kategorie:

  • przeciętna kadra, z której trener wyciska absolutne maksimum (np. Piast Gliwice, Legia Warszawa);
  • jakościowe indywidualnie jednostki, jednak w połączeniu nie tworzące zgranej drużyny (np. Widzew Łódź).

Sukces Lecha wynika z tego, iż nie możemy przypisać go ani tu, ani tu. Niels Frederiksen dostał do dyspozycji niezwykle jakościowych wykonawców, których potrafi bardzo dobrze wykorzystywać, co wbrew pozorom wcale nie jest taką prostą sztuką. Jednym z największych atutów Duńczyka jest właśnie umiejętne zarządzanie zasobami ludzkimi w swoim zespole. Nagle wchodzi Leo Bengtsson, który dopiero co wrócił po kontuzji i przesądza o losach spotkania.

Spójrzmy na to, jak Niels Frederiksen rotuje swoimi zawodnikami. Tak naprawdę tylko trzech z nich jest praktycznie nie do ruszenia. Mateusz Lis, Wojciech Mońka oraz Michał Gurgul – oni praktycznie nie opuszczają boiska i jako jedyni w zespole mają już przekroczoną barierę 1000 rozegranych minut w sezonie. Dla porównania Górnik z taką samą liczbą meczów na koncie ma takich graczy pięciu.

Poza kontuzjowanymi lub wracającymi do zdrowia (Ali Gholizadeh oraz Alex Douglas) każdy zawodnik w kadrze Lecha dostaje swoje szanse. Żaden z nich nie może mieć poczucia – no może z wyjątkiem Joao Moutinho, wyraźnie przegrywającym rywalizację z Michałem Gurgulem – iż jest niepotrzebny i nie dostanie swojej szansy.

Wojciech Mońka i Michał Gurgul – młode filary defensywy Kolejorza

Najlepiej o tym świadczy fakt, iż aż 14 zawodników ma na koncie rozegranych minimum 500 minut, a kolejnych dwóch przekracza granicę 300. O włos od niej jest Daniel Hakans, a nieco więcej brakuje dopiero co pozyskanemu Gustavowi Berggrenowi oraz wspomnianemu już Leo Bengtssonowi. Najprościej mówiąc: Niels Frederiksen ma szeroką kadrę i nie boi się z niej korzystać.

Idąc dalej, 13 spotkań pozwala nam już wyprowadzić pewne prawidłowości. A taką jest choćby liczba zmian dokonywanych w pierwszym składzie mecz do meczu. Tylko raz zdarzyło się, iż w dwóch spotkaniach z rzędu Lech wyszedł dokładnie taką samą jedenastką (pierwszy i drugi mecz sezonu).

Tyle iż jednocześnie tylko raz miała miejsce sytuacja, iż Niels Frederiksen dokonał więcej niż pięciu roszad. Było to starcie z Wieczystą tuż po klęsce z Aarhus, więc okoliczności szczególne. Poza tym Duńczyk wymienia po kilka elementów i robi w to na tyle umiejętny sposób, iż nie traci na tym jakość zespołu, a całą grupę swoich zawodników trzyma pod prądem.

Statystycznie, najczęściej są to trzy roszady względem poprzedniego spotkania. Nie ma też takiego mocno pozbawionego sensu wymieniania całego składu na przestrzeni kilku dni, na czym w poprzednich sezonach Frederiksen już się przejechał. Wystawienie w całości drugiego garnituru przyniosło klęskę w Pucharze Polski z Resovią (co za występ Iana Hoffmanna) oraz wstydliwą porażkę w Lidze Konferencji na Gibraltarze.

Zarządzanie kadrą przynosi efekty. Lech wygrywa mecze ławką rezerwowych

Tak skuteczne rotowanie składem i posiadanie tylu zawodników daje mistrzowi Polski wymierne efekty. Spójrzmy choćby na ostatnie mecze ligowe z Jagiellonią czy Rakowem. Gdy w drugiej połowie rywale powoli opadali z sił, to Lech wrzucał jeszcze wyższy bieg i tym sposobem przechylał szalę zwycięstwa na swoją stronę.

I to nie jest przypadek, a efekt dobrej pracy pionu sportowego w postaci zbudowania jakościowej i szerokiej kadry oraz umiejętnego nią zarządzania przez Nielsa Frederiksena. Skutek jest taki, iż na ławce rezerwowych zawsze znajdą się zawodnicy, którzy wchodzą na boisko i robią różnicę. Nikt też nie ma prawa marudzić, iż szans nie dostaje.

Duńczyk nie waha się korzystać z tej możliwości, o czym najlepiej świadczy fakt, iż w każdym z ośmiu ostatnich spotkań któryś ze zmienników wpisał się na listę strzelców. A jakby liczyć bramki oraz asysty, to ostatni raz rezerwowy nie zaliczył konkretu w bezbramkowo zremisowanym starciu z Cracovią! Daje to serię 10 meczów z rzędu z liczbą od zawodnika z ławki. I okej, mamy możliwość pięciu zmian, więc to ułatwia sprawę, ale przecież często jest tak, iż zmiany nic nie dają, a tu praktycznie zawsze wnoszą.

Tak jeszcze w tym temacie, bo nie wiem, czy to nie jest jakiś rekord ostatnich lat. Lech ma serię 8 meczów z rzędu, gdy przynajmniej jeden rezerwowy (raz było ich dwóch, raz trzech) wpisuje się na listę strzelców. Łącznie 12 goli i 3 asysty z ławki. Kosmos. https://t.co/jcInBBIw7O

— Mateusz Rokuszewski (@mRokuszewski) September 7, 2026

Spośród 34 goli strzelonych w tym sezonie aż 19 padło po przerwie meczu, w czym spora jest zasługa zmienników. Najlepszym przykładem jest mecz z Piastem Gliwice, gdy po pierwszej połowie był bezbramkowy remis, a później na boisko weszli Allahyar Sayyadmanesh, Karol Delikat oraz Mikael Ishak i wpakowali rywalowi trójkę. Tyle iż to nie było jakieś odosobnione spotkanie. Zmiennicy mieli udział aż przy 13 zdobytych bramkach! To więcej niż co trzeci gol.

Często przy niektórych klubach mówi się, iż jest on zależny od jednego zawodnika. Dajmy na to Śląsk ostatnio polegał na Piotrze Samcu-Talarze, a w Zagłębiu praktycznie wszystko co dobre w ofensywie to zasługa Marcela Reguły. Cracovia z kolei opiera się na Hasiciu. Oczywiście to ekipy o znacznie mniejszym potencjale od Lecha, ale choćby znacznie większe kluby często spotyka taki problem.

W Kolejorzu on nie istnieje. Tymoteusz Puchacz kiedyś w swojej piosence Kante rapował: – Jak nie trafię ja, trafi Olo, trafi Skrzypa, trafi Józiu, a na pewno trafi Modziu. Lewa, prawa – bez różnicy ręka, noga, patrz gamoniu.

Dokładnie tak samo można byłoby teraz opisać Lecha, jedynie zmieniając wykonawców. Jak akurat nie ma kontuzjowanego Mikaela Ishaka, a zawodzi Yannick Agnero, to strzeli Sayyadmanesh. Jak nie ma Irańczyka, to Walemark. Jak nie on, to Leo Bengtsson. Albo Pablo Rodriguez. Albo Antoni Kozubal. I tak dalej można byłoby wymieniać. choćby wspomniany przez Puchacza Skrzypa, czyli Mateusz Skrzypczak, ma swojego gola. Robert Gumny też umie sobie przypomnieć, jak to kiedyś kopał w ataku.

Allahyar Sayyadmanesh i Patrik Walemark – razem 11 goli i sześć asyst

Obojętnie którego zawodnika byśmy nie wyciągnęli, to ubytek na jakości nie będzie specjalnie widoczny. To sprawiło nawet, iż bardzo gwałtownie w Poznaniu pozwolono zapomnieć, iż kontuzję leczy Ali Gholizadeh. Oczywiście, powrót Irańczyka w formie będzie dużym wzmocnieniem, ale jego brak w żaden sposób nie paraliżuje gry zespołu. Pewnie wielu z was w ogóle zapomniało, iż fenomenalny Książę Persji pozostało w odwodzie!

Patrząc na liczby w ofensywie, to z sześcioma bramkami i czterema asystami przoduje Patrik Walemark, jednak nie można powiedzieć, iż pod tym względem dystansuje resztę kolegów. Wszystko rozkłada się równomiernie. Drugi w kolejności Pablo Rodriguez ma udział przy ośmiu bramkach. Antoni Kozubal i Allahyar Sayyadmanesh siedmiu, Luis Palma pięciu, a Mikael Ishak czterech.

W 13 meczach tego sezonu Lecha do siatki trafiało aż 15 różnych zawodników! A w ogóle jakąś liczbę zanotowało 19 graczy, w tym choćby Mateusz Lis, który ma asystę ze spotkania eliminacji Ligi Europy. Jest tylko jeden piłkarz, który po rozegraniu więcej niż 100 minut wciąż czeka na konkret w ofensywie. To Gustav Berggren, który dopiero wdraża się w zespół.

W Lidze Europy możemy być o Lecha spokojni. To gwarancja solidności

Rozwój Lecha i panujący tam spokój daje nam gwarancję stabilności na kolejne miesiące, a w założeniu także i na następne lata. Jakakolwiek kontuzja gwiazdy, niespodziewane odejście kluczowej osoby nie zrujnuje wszystkiego, co dotychczas zbudowano.

No dobra, na stadion przy Bułgarskiej zawsze może spaść bomba albo kosmici ukradną dostęp do wszystkich pieniędzy. Właśnie takiego pokroju scenariusze musielibyśmy rozważać, żeby móc niepokoić się o mistrza Polski.

Skoro tak dobrze poradzili sobie z ośmieszającą klęską z Aarhus, to też trudno przypuszczać, żeby gorsze wyniki w Lidze Europy mogły coś zmienić. Dla Lecha będzie to świetny poligon doświadczalny i sprawdzenie się, gdzie w tym momencie na międzynarodowym poziomie można go plasować. Brak obijania słabeuszy, a realne zmierzenie się z Crystal Palace czy Sunderlandem, ekipami z potężnej finansowo Premier League.

Lepszego przetarcia przed Ligą Mistrzów (zwyczajnie nie ma siły, iż ta w najbliższych latach na Bułgarską nie zawita) nie można sobie wyobrazić. A jakoś mamy przeczucie, prawie graniczące z pewnością, iż mistrz Polski trochę tych punktów nazbiera i włączy się do walki o miejsce w wiosennej części zmagań. Do tego wystarczy miejsce w TOP 24.

Czy wyniki w Ekstraklasie ucierpią? Niels Frederiksen udowodnił, iż potrafi łączyć grę na trzech frontach, a przy tak szerokiej kadrze i skutecznym jej rotowaniu będzie w stanie rywalizować co trzy dni. Mimo minimum ośmiu dodatkowych meczów w Lidze Europy, Lech z błyskawicznie odbudowanym mentalem to wciąż zdecydowanie najpoważniejszy kandydat do mistrzostwa.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Długa droga Lecha. Od zgliszczy do dwóch mistrzostw w dwa lata
Lech i rekrutacja trenerów. Jak zatrzymał Frederiksena i zbudował struktury?
Lech odjeżdża lidze. Trzecie mistrzostwo z rzędu nie będzie zaskoczeniem

Fot. Newspix

Idź do oryginalnego materiału