Czwarty polski medal na igrzyskach w Mediolanie. Cała ekipa świętuje

2 godzin temu
Polska ma cztery medale w Mediolanie: dwa Kacpra Tomasiaka, jeden Władimira Semirunnija i... jeden Robertsa Kruzbergsa, trochę naszego Łotysza.
Gdy w sobotę Roberts Kruzbergs zdobył brązowy medal w short tracku, w wyścigu na 1500 m, za metą rzucili się na niego Polacy: trenerka Urszula Kamińska, trener Gregory Durand, zawodnicy i zawodniczki. Słowem cała ekipa. Jakby to był ich triumf – ze szczęściem w oczach, klepiąc go po plecach, krzycząc i wiwatując. Bo to medal, którego wykuwanie widzieli przez pięć ostatnich lat - od tak dawna z polską reprezentacją trenuje Łotysz, a łotewski związek rozlicza się z polskim.

REKLAMA







Zobacz wideo Kaja Ziomek-Nogal: Jechałam tu po medal, ale za jakiś czas docenię szóstą lokatę, bo zrobiłam wszystko, co mogłam



Finał 1500 m został rozszerzony do dziewięciu łyżwiarzy, w związku z upadkami w półfinałach. Kruzbergs był aktywny od początku wyścigu, rozpychał się z przodu, ale również pomogło mu szczęście, gdy kilku rywali wylądowało na bandzie, a on jechał dalej - coraz wyżej i wyżej.
Radosław Leniarski: Dlaczego Polacy nie zdobyli żadnego medalu, a ty tak, choć razem trenowaliście, a ich jest więcej? Jakie jest wyjaśnienie?
Roberts Kruzbergs, brązowy medalista na 1500 m: - Najpierw o mnie, czyli skąd wzięła się moja forma. Moim zdaniem wzięła się stąd, iż zaczynałem sezon od mistrzostw Europy, na których byłem ciężki. Bardzo ciężki. Ważyłem 86 kilogramów. To naprawdę nie jest korzystne, jeżeli chodzi o zwinność i szybkość. Teraz ważę 81. To mi bardzo pomogło.


No, a reszta? Na sukces na krótszych dystansach musi się złożyć bardzo wiele rzeczy. Nie tylko dzięki sile jesteś numerem jeden, dwa lub trzy na świecie. Potrzeba siły, ale i błyskotliwości, taktyki, szczęścia, dobrego lodu - żeby cię mocno trzymał. A na koniec i tak ktoś może cię uderzyć, wypchnąć i jest po wyścigu. U mnie bardzo dobrze się wszystko ułożyło. Każdy wyścig był bardzo solidny.
Polscy sportowcy byli i są silni fizycznie. Mają formę. Może potrzebowali zapłonu, przyspieszenia, kopa jakimś mniejszym sukcesem. Poza tym nie ma tu całego zespołu. To szkoda, pewnie czują się trochę przygnębieni. Trzymam za nich kciuki za każdym razem, gdy startują. Było mi niezmiernie przykro, iż Michał Niewiński odpadł na 500 m [nie awansował do ćwierćfinału], bo uważam, iż tam miał największą szansa na sukces. Ale dla niego to dopiero początek, jest bardzo młody [ma 22 lata].



adekwatnie dlaczego nie rozmawiamy po polsku, tylko po angielsku? Przecież jesteś już z nami pięć lat!
- No tak, zacząłem rok przed Pekinem. Podoba mi się atmosfera, która panuje w zespole. Ludzie, którzy ze mną trenują, są świetni nie tylko jako sportowcy. Nawzajem się motywują, pchają do przodu. Ale poza lodem też jesteśmy fajną grupą. Nasza więź się zacieśniła przez ostatnie pięć lat. To też w ten sposób działa, iż człowiek stara się wciąż dawać z siebie wszystko. Motywować ich, tak jak oni mnie. Ja na dłuższych dystansach, oni mnie w sprincie.
Skąd wziął się pomysł, żeby dołączyć do treningów polskiej reprezentacji?
- Zaczęło się, kiedy przyjechali na treningi do Drezna, rok przed Pekinem. Trenowałem tam ze Stuartem Horsepoollem, trenerem z Wielkiej Brytanii. Pracował też na Łotwie, ale ponieważ były problemy z pieniędzmi, postanowił przenieść się do Niemców.
Stuart zaprosił mnie do Drezna. U nas, na Łotwie, nie ma wielkiej drużyny, jak można się domyślić. Trudno trenować. Wtedy na koniec obozu musiałem zdecydować: zostać z Niemcami i brytyjskim trenerem, czy przenieść się do polskiej drużyny. Rozpisałem na papierze plusy i minusy. Wyszło mi, iż jadę do Polski.
Plusy to większa grupa, która pomaga na treningu – prowadzą je zawsze najmocniejsi danego dnia. Czyli: więcej zawodników, więcej trenerów, psycholog, tory, ośrodki. Postęp, jaki zrobiliście w short tracku, jest ogromny. 10 lat temu mieliśmy na Łotwie sztafetę. Raz my, raz wy wygrywaliście. To były wielkie zmagania. A dziś? Jesteście cholernie daleko od nas. Macie solidny zespół, a przecież brakuje Diane Selliera, bo ma kontuzję. Byłby ogromnym wsparciem. Konrad Niedźwiedzki – dyrektor sportowy łyżwiarskiego związku - wykonał niesamowitą robotę.



Mówiłeś też o minusach…
- Niemiecka drużyna nie miała aż tak wielu zawodników, był to duży minus.
No właśnie, wielki łyżwiarski kraj bez short tracku…
- Wszystko zależy od tego, czy rząd chce zainwestować w ten sport i uczynić go bardziej popularnym, a u was ewidentnie chce. Czy pójdzie za tym zainteresowanie ludzi? Obserwując short track na świecie od lat widzę, iż się fajnie rozwija. Widzę też, iż polski zespół zrobił największy postęp. Dobrze więc, iż jestem z nim. Pięć lat temu podjąłem dobrą decyzję.
Ile czasu spędzasz z polską ekipą?
- jeżeli jadą na obóz, to i ja jadę. Od kwietnia mamy za sobą 11 obozów, trwających od trzech do pięciu tygodni. Są organizowane na zmianę z okresami odpoczynku, żeby odzyskać formę psychiczną. Potem krótki powrót do zajęć, na własną rękę, u siebie, i znów zgrupowania. Gdańsk, Białystok, Bormio, wcześniej też Tomaszów. Lepiej byłoby mieć jedno centrum dla dobra polskiego short tracku, bo podróżowanie to strata czasu treningowego. Odpadają trzy dni z każdego obozu. Może Zakopane czymś takim będzie.


Fura czasu w zgrupowaniach. Również do nauki polskiego.
- Gdy siedzimy przy stole, wszyscy mówią po angielsku, ponieważ nie jestem jedyną osobą z zagranicy. Trener – Francuz - mówi po angielsku, a potem są Diane Sellier, choć on akurat rozumie, a choćby mówi po polsku, Felix Pigeon i Neithan Thomas z Kanady, Oleh Handei z Ukrainy.



Trener jest znany z tego, iż lubi agresywny styl jazdy. Przejąłeś coś od niego?
- Ufam trenerom, ale sprawdzam plan treningów przed kolejnym tygodniem i oceniam, co mi się przysłuży, a co nie. Myślę wtedy: zrobię to i to, a jeżeli chodzi o to, zobaczymy. I na razie to działa. A jak działa, nic nie zmieniam.
Czy daje ci rady taktyczne? Dał ci je przed finałem?
- Przez pierwszych kilka sezonów dawał mi taktyczne porady przed wyścigami. Teraz już nie. Robimy tak, iż jeżeli ma coś do powiedzenia, przychodzi i przekazuje uwagi po wyścigu. Nie chce wywierać na mnie żadnej presji. Ufa mi. Przejechałem z nim mnóstwo wyścigów.
Widziałem – tak samo było z Gabrielą Topolską po jej nieudanym ćwierćfinale na 1000 m. Po wyścigu mówił jej, jakie błędy popełniła. Świętowałeś medal z Polakami czy Łotyszami?
- Największa celebracja była po zdobyciu medalu, kiedy moim polscy koledzy i koleżanki skakali, klepali mnie i wiwatowali. Naprawdę wzruszający moment. Byłem szczęśliwy, iż mam tak świetną drużynę, która nie zazdrości mi wyniku. Bo w sporcie, jak w sporcie - jestem ich partnerem treningowym, ale na zawodach rywalem. Ale każdy był szczęśliwy, kibicowali mi.
Czyli zostajesz z nami?
- Jasne. System działa, nie chciałbym go zmieniać. Oni mi pomagają, a ja im.



Wiem, iż nie jestem główną atrakcją programu. Na przykład przez pierwsze sezony trener Durand przygotowywał mi łyżwy, ale teraz ja to robię, bo ma już tylu zawodników, iż się nie wyrabia. W ubiegłym roku zdecydowałem zatem, iż będę to robił sam. Pomógł mi Reinis Berzins [kolega z reprezentacji Łotwy, też trenował z Polską, ale teraz jest w holenderskim klubie; odpadł w przedbiegach na 500 m], który robi to świetnie od kilku lat.
Idź do oryginalnego materiału