Czapki z głów panie Elsner! Nie każdemu tak zależy

1 godzina temu

Zrobił na was wrażenie, nie? Na nas też, choćby jeżeli przesialiśmy jego lingwistyczny popis przez sito względnego podobieństwa języków słoweńskiego i polskiego. Luka Elsner wyszedł do wywiadu w Canal+ Sport na pewniaczka i bez wielkich problemów porozmawiał po naszemu. My lubimy takie gesty, czasem może choćby za bardzo. To na szczęście zdecydowanie inny przypadek niż ten, w którym jacyś losowi zagraniczni wokaliści mówią na koncercie w Polsce „kocham was <tu wstaw nazwę miasta>”.

Taka akcja nie wymaga wielkiego zaangażowania, w przeciwieństwie do nauczenia się języka obcego na tyle dobrze, iż można w nim śmiało przeprowadzić całkiem płynną rozmowę. Jedno powinno wywoływać wzruszenie ramionami, ale drugie to powód do faktycznego uznania.

Luka Elsner nauczył się polskiego. A to pewnie jeszcze nie koniec

Luka Elsner spędził u nas już pięć miesięcy i efekt jego pozaboiskowej nauki jest naprawdę imponujący. Znamy przecież przypadki, w których trenerzy deklarowali nawet, iż chętnie nauczą się języka polskiego, wszystko przez wielki szacunek do naszego kraju i kultury. W niektórych wypadkach wylatywali z roboty jeszcze zanim zdążyli przeczytać elementarz, ale też kilku faktycznie się u nas zaaklimatyzowało na tyle dobrze, iż i język nie był dla nich problemem.

Podobnego wyczynu przed Elsnerem dokonał choćby Nenad Bjelica, który trenerem Lecha Poznań został z końcem sierpnia 2017 roku, a już pod koniec stycznia roku następnego mówił taką piękną polszczyzną:

Wiadomo – lektorem w polskich filmach to by raczej nie został. Na polonistę w szkole podstawowej też by się nie nadał. Ale Chorwat w pięć miesięcy opanował nasz język na tyle dobrze, iż bez problemu był w stanie opisać ostatni mecz i wskazać mankamenty, które w nim wystąpiły. Z czasem było oczywiście już coraz lepiej i podobną drogę przejdzie pewnie Luka Elsner.

I super. My to kupujemy, choćby jeżeli jest tylko jednym z narzędzi do… no właśnie, do kupienia sobie serc kibiców. Bo nie oszukujmy się, iż w wymiarze praktycznym do tego można sprowadzić naukę języka kraju, w którym przychodzi ci rozpocząć pracę – wyczyn Elsnera spotyka się tylko z pozytywnym odbiorem, większość komentujących go internautów wyraża sympatię wobec Słoweńca, doceniają go choćby fani innych klubów, nie tylko Cracovii.

Dobre narzędzie. Język jako droga do okazania szacunku

W tym miejscu przypominam sobie, jak mignęły mi ostatnio obrazki z wizyty George’a Clooneya w Łodzi, kiedy rządząca miastem prezydent zachęcała znanego aktora do powiedzenia dokładnie dwóch słów po polsku.

Kocham Łódź – wydusił z siebie Clooney i fajnie. Sympatyczna, całkiem miła wstawka, nic poza tym. Wysiłek żaden, a wiele osób zareagowało na niego chociaż z lekkim uśmiechem. Gwiazdor pewnie zapomniał już po pięciu minutach, jak nazywało się to miasto, do którego przyleciał na jeden z tysięcy panelów dyskusyjnych, ale został po nim jakiś maleńki ślad w pamięci tych, którym też mignęło w Internecie jego wyznanie miłości wobec Łodzi.

Nie porównam oczywiście Clooneya do Elsnera czy Bjelicy, to nie ten kaliber zaangażowania. Pokazuję tylko, iż zagraniczni trenerzy stosunkowo niewielkim nakładem sił mogą zyskać bardzo wiele. Korzyści wizerunkowe płynące z umiejętności posługiwania się językiem polskim są przeogromne – Elsner tym jednym gestem staje się bardziej „nasz”.

Kupuje sympatię, szacunek. Dowodzi też, iż nie rzuca słów na wiatr. Sam przecież deklarował, iż języka się nauczy jeszcze do końca roku i poszło mu, jak widać, całkiem nieźle.

Jako naczelny żołnierz Luki Elsnera pomeczowo wrzucam jego wywiad przeprowadzony przed spotkaniem #KORCRA. Bardzo ładnie trenerowi poszło i to tak naprawdę niespełna pół roku po rozpoczęciu pracy w Cracovii https://t.co/sH1CFIILxN pic.twitter.com/Jw8BvPNkYg

— Kamil Pietrzyk (@KamilloLce) November 29, 2025

Przeciwległy biegun. No weź się naucz!

Przegląd sieci po występie Elsnera w Canal+ Sport utwierdził mnie tylko w przekonaniu, iż zaangażowanie w naukę języka uznawane jest za ogromny plus, podczas gdy jego brak w niektórych kibicach budzi niemały niesmak. Tu na pierwszy plan wysuwa się Matty Cash, któremu przez cały czas najlepiej wychodzi mówienie, iż „wpada na święta” albo lubi jeść „pierogi”. Jasne, jemu jest o wiele trudniej niż Słoweńcowi czy Chorwatowi, ale przecież polskiego umieli się nauczyć Leandro (Brazylijczyk) czy Jesus Imaz (Hiszpan). Nie w pół roku, ale i Cash nie miał na to pół roku.

Długo też pracował w naszym kraju Kosta Runjaić, który według niektórych odrobinę zna język polski, tylko się tym nie chwali. Trenując zespoły w Ekstraklasie przez siedem lat nie mówił po naszemu i ciągle korzystał na konferencjach z usług tłumacza. Po pięciu sezonach w roli szkoleniowca Pogoni Niemiec został zaprezentowany jako trener Legii i po rzuceniu po polsku „dzień dobry”, później mówił już po niemiecku.

Kosta Runjaić nie mówił u nas po polsku. Niektórzy przez cały czas mu to w sieci wypominają

Jeszcze jedno – wcześniejszy przykład Imaza przekonuje mnie, iż w przypadku przyjezdnych z choćby Półwyspu Iberyjskiego bariera jest podwójna. Oni w pierwszej kolejności nadrabiają głównie braki w języku angielskim, czego doświadczyłem w pierwszej rozmowie z jednym z piłkarzy Widzewa. Tu znów wątek łódzki, ale tak się akurat złożyło, iż przeprowadziłem pierwszy wywiad w Polsce, zaraz po podpisaniu kontraktu, z byłym już obrońcą czerwono-biało-czerwonych, Juanem Ibizą. I… zdecydowaliśmy się na wariant hiszpański.

Nie dlatego, iż ja dobrze mówiłem po hiszpańsku i chciałem się tym pochwalić. Wręcz przeciwnie, wolałbym pewnie wersję angielską. Problem był taki, iż Juan w tym języku mówił raczej średnio i nie czuł się zbyt komfortowo.

A struktura przeciętnej ekstraklasowej szatni jest teraz taka, iż bez angielskiego ani rusz. Dlatego niektórzy obcokrajowcy, właśnie taki Juan Ibiza, mogą potrzebować więcej czasu w naukę chociaż podstawowych zwrotów w języku polskim, schodzącym z przyczyn dosyć praktycznych na dalszy plan – po prostu najpierw muszą ogarnąć sobie angielski, a potem mogą myśleć o ekstrawaganckim z ich perspektywy języku polskim.

***

Luka Elsner nie miał tego problemu, to zresztą multilingwista, pewnie ma niezły łeb do języków obcych. Dlatego bijemy brawo, dlatego doceniamy. Dlatego zachęcamy też innych, do pójścia w jego ślady. To już choćby nie chodzi o szacunek do Polski i naszej kultury. To też po prostu łatwy sposób na kupienie sobie wielkiej sympatii, a tej w fachu trenera nigdy za wiele.

CZYTAJ WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:

  • Lech Poznań ma perełkę na środku obrony. „Gra jak weteran”
  • Szwarga kontra Papszun. Czy uczeń pokona mistrza?
  • Kulisy ustaleń Papszuna ze Świerczewskim. „To wiążące”

Fot. Newspix

Idź do oryginalnego materiału