Były trener Legii otwiera bramy do lepszego świata. Ambasador

1 godzina temu
Stażem w tym samym klubie ligi włoskiej przebija go już tylko jeden trener. Ograł w tym sezonie Inter, Romę, Atalantę i Napoli, a jego Udinese równie wysoko na tak zaawansowanym etapie rozgrywek nie było od trzynastu lat. Kosta Runjaić bezboleśnie wszedł do Serie A, ciągnąc za sobą kilka postaci poznanych na polskim rynku. To dowód, iż trener też może w Ekstraklasie wypromować się do lepszego piłkarskiego świata.
"Zico albo Austria" – skandowali kibice z Udine, gdy włoska Federacja Piłkarska w 1983 roku próbowała zablokować transfer brazylijskiej gwiazdy na włoską prowincję. Ta anegdota pokazuje, iż Udine zawsze było bramą za granicę. Odległa o 25 kilometrów Słowenia łączyła je z krajami byłej Jugosławii. Położenie niespełna sto kilometrów od Austrii oznaczało częste związki także z nią. W tym sensie zatrudnienie Kosty Runjaicia, urodzonego w Wiedniu Niemca pochodzenia chorwacko-serbskiego, który wypromował się w Polsce, wydawało się dla Udinese ruchem zgodnym z lokalną tożsamością. I okazało się strzałem w dziesiątkę. Pod wodzą byłego trenera Legii drużyna osiąga w Serie A najlepsze wyniki od przeszło dekady.


REKLAMA


Zobacz wideo "Atmosfera stała się nie do zniesienia". Brzęczek odpowiada Lewandowskiemu


Polscy trenerzy, niezależnie od wyników osiąganych w Ekstraklasie, nie mają wstępu do najsilniejszych lig Europy. Rzadko udaje się tam również dostać zagranicznym szkoleniowcom, którzy przewinęli się przez polską ligę. A nieliczne tego typu przykłady rzadko przeradzają się w sukcesy. Chorwat Nenad Bjelica, w przeszłości prowadzący Lech Poznań, dostał wprawdzie Union Berlin choćby w Lidze Mistrzów, ale wytrwał w Bundeslidze raptem kilka miesięcy. Pacheta, były trener Korony Kielce, popracował w La Liga z Huescą, Realem Valladolid i Villarrealem, ale nigdzie nie przetrwał sezonu i dziś znów jest w drugiej lidze. Poza tym, dla wszystkich z nich pobyt w Ekstraklasie był co najwyżej etapem w karierze, nie trampoliną. Inaczej niż u Runjaicia.
Reputacja zbudowana w Ekstraklasie
54-letni trener przebijał się w ojczyźnie od najniższych szczebli. Dobrą pracą w SV Darmstadt, które wprowadził do III ligi, zapracował na szansę w drugoligowych MSV Duisburg, FC Kaiserslautern i TSV 1860 Monachium. Nigdzie nie spełnił jednak nadziei. Najbliżej był w Kaiserslautern, które doprowadził do półfinału Pucharu Niemiec i na skraj powrotu do Bundesligi. Dwa sezony z rzędu kończył na rozczarowującym czwartym miejscu. Przyjazd do Polski pod koniec 2017 roku, by objąć walczącą o utrzymanie Pogoń Szczecin, był z jego strony sygnałem, iż na niemieckim rynku nie widzi dla siebie atrakcyjnej przyszłości. O pracy w Bundeslidze nie mógł marzyć. choćby na drugim szczeblu nie był już wtedy gorącym nazwiskiem. Zawodu uczył się w Niemczech, ale to siedem sezonów w Polsce zbudowało mu reputację.
Przez cztery i pół roku w Pogoni położył podwaliny pod zespół, który w ostatnich latach należał do ścisłej czołówki polskiej ligi. Najpierw uratował go przed spadkiem, potem systematycznie przesuwał w górę, aż doszedł do dwóch finiszów na podium, pierwszych dla "Portowców" od dwóch dekad. Pomagał sprzedawać utalentowanych piłkarzy jak Kacper Kozłowski, Jakub Piotrowski, czy Adam Buksa za grube miliony. Odchodził z własnej woli, jako trener, który najdłużej w historii prowadził Pogoń w Ekstraklasie. Przeprowadzka do Legii miała dla niego oznaczać wpłynięcie na jeszcze głębsze wody.
Szczęśliwe zwolnienie
Jego półtora roku w Warszawie jest oceniane różnie, choć z perspektywy czasu coraz mocniej zyskuje. Zespół, który sezon wcześniej dramatycznie walczył o utrzymanie, doprowadził do wicemistrzostwa, co, jak pokazały wcześniejsze i późniejsze lata, przestało być w Warszawie oczywistością. Zdobył z nim Puchar i Superpuchar Polski, odczepiając przylepioną jeszcze w Niemczech łatkę dobrego trenera, który nie potrafi doprowadzać spraw do końca. Pokazał się też na arenie międzynarodowej. Wprawdzie pucharowy debiut zaliczył jeszcze w Szczecinie, ale pełnoprawną przygodę, z ograniem Aston Villi czy AZ Alkmaar, przeżył dopiero w stolicy. Po raz kolejny przyczynił się do rekordowego transferu w historii klubu. Nikogo Legia nie sprzedała drożej niż Ernesta Muciego, za którego Besiktas zapłacił 10 milionów euro. To, iż warszawski klub zwolnił go, gdy sezon był jeszcze do uratowania, rozpoczęło proces, który doprowadził do dzisiejszego przedostatniego miejsca w lidze. Dla Runjaicia okazało się to jednak najszczęśliwsze zrządzenie losu w karierze.


Zico w 1983 roku ostatecznie trafił do Udine, a miasto nie przyłączyło się do Austrii, ale był to jedyny moment, gdy grała tam światowa gwiazda. zwykle zespół ze stutysięcznego miasta musiał kombinować jak koń pod górę, by jakoś przetrwać w otoczeniu globalnych marek, z którymi grał w lidze. Udinese stało się więc synonimem chodzenia nieprzetartymi ścieżkami. Jako jedne z pierwszych na świecie odkryło siłę skautingu. Kilku doskonałych później piłkarzy, jak Brazylijczyk Marcio Amoroso, czy Chilijczyk Alexis Sanches, wyszukał sam właściciel klubu podczas podróży do Ameryki Południowej. Wielu wypatrzył Pier Paolo Marino, dyrektor techniczny i skautingowa legenda Serie A, który już w głębokich latach 90. miał w klubowym gabinecie ścianę pełną telewizorów transmitujących mecze z różnych części świata nagrywanych na kasety VHS. Udinese miało platformy skautingowe zanim ktoś o nich usłyszał.
Nieufność wobec obcych
W drugiej dekadzie XXI wieku trudno już w ten sposób wyrobić sobie konkurencyjną przewagę, bo w międzyczasie talentów zaczęli szukać wszyscy, mając do tego coraz bardziej zaawansowane narzędzia statystyczne. Pojawienie się w futbolu wielkich pieniędzy z różnych części świata podbiło stawki tak bardzo, iż Udinese rzadko mogło pojawić się gdzieś pierwsze, uprzedzając wszystkich wokół. Wciąż jednak pozostał w klubie gen szukania nowych dróg. Działania inaczej niż reszta. Jego beneficjentem okazał się w lecie 2024 roku Runjaić.


Udinese od lat ściągało piłkarzy z całego świata i jako jedno z pierwszych zrozumiało, jak wielkie znaczenie dla ich dobrych występów ma pomoc w aklimatyzacji w nowym miejscu. Już dawno temu zatrudniało więc tłumaczy, nauczycieli języka, opiekunów pomagających piłkarzom w organizacji codziennych spraw, czy ułatwiających adaptację rodzinom. W kwestii rekrutacji trenerów trzymało się jednak włoskiej myśli szkoleniowej, z której tamtejsza piłka jest tradycyjnie bardzo dumna. W Serie A zagranicznych trenerów traktuje się domyślnie z nieufnością. Zanim się ich zaakceptuje, oczekuje się, iż "zrozumieją specyfikę ligi". Łatwiej akceptowani są ci, którzy przesiąknęli tamtejszą piłką już jako zawodnicy. jeżeli już zatrudnia się obcokrajowców, to nie po to, by czegoś nauczyli miejscowych albo odświeżyli ligę, ale by nauczyli się, jak to się robi we Włoszech.
Przebrany włoski rynek
Wiele klubów dobrnęło jednak w tym podejściu do ściany. Najciekawsi młodzi włoscy trenerzy – Enzo Maresca, do niedawna prowadzący Chelsea, Roberto De Zerbi, który właśnie odszedł z Marsylii, czy Francesco Farioli, z powodzeniem trenujący FC Porto – budują kariery za granicą. Podobnie jak najbardziej uznani, czyli Carlo Ancelotti, selekcjoner reprezentacji Brazylii i Simone Inzaghi, pracujący w Arabii Saudyjskiej. Trenerzy uznawani za gwiazdy w skali ligi wymieniają się od lat czołowymi klubami. A nowe pokolenie byłych włoskich piłkarzy, głównie mistrzów świata z 2006 roku, na razie w zdecydowanej większości trenersko niedomaga. Udinese, jako klub o skromnych możliwościach, było więc skazane na szukanie na mocno przebranym rynku.


Robiło to przez lata, stopniowo osuwając się w hierarchii włoskiej piłki. O ile 20 lat temu potrafiło pojawić się choćby w Lidze Mistrzów, a 15 regularnie rywalizować w europejskich pucharach, o tyle już od 13 lat nie wyściubiło nosa poza Włochy. Nie potrafiło też znaleźć kogoś, kto utrzymałby posadę dłużej. Od odejścia Francesco Guidolina, twórcy ostatnich sukcesów tego klubu w 2014 roku, tylko jeden z 15 trenerów pozostał na stanowisku ponad 500 dni. Poza Hiszpanem Julio Velazquezem, który dostał kilka miesięcy w 2018 roku, wszyscy trenerzy Udinese w ostatnim ćwierćwieczu albo byli Włochami, albo, jak Chorwat Igor Tudor, grali wcześniej w lidze włoskiej.
Ruch kontrkulturowy
Zastąpienie Fabio Cannavaro, zdobywcy Złotej Piłki z 2006 roku, wypatrzonym w Polsce metodycznie pracującym Niemcem, umiejącym pracować długofalowo, promować zawodników i systematycznie rozwijać projekty, było z perspektywy Udinese ruchem kontrkulturowym. Ale okazało się majstersztykiem skautingu trenerów. Runjaić bowiem, pojawiwszy się na poziomie, na jakim nigdy wcześniej nie pracował, zaczął robić to, co wszędzie. Stabilizować obronę, organizować drużynę w grze bez piłki i po kolei dodawać do niej coraz więcej elementów piłkarskich. Unikając rozgłosu, narzekania i dramatycznych gestów, skupiając się na pracy, idealnie wpasował się w klimat klubu zbyt silnego, by spaść, ale za słabego, by marzyć. Bezboleśnie przetrwał debiutancki sezon w Serie A, zajmując przyzwoite 12. miejsce. Mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie końcówka, gdy jego zespół wygrał tylko jeden z 11 meczów. Wciąż było jednak znacznie lepiej niż za poprzednika, gdy klubowi zaglądał w oczy pierwszy od trzech dekad spadek.


Drugi sezon upływa natomiast pod znakiem niespektakularnego, ale systematycznego postępu. Drużyna, która sprzedała zawodników za 90 milionów euro, tracąc trzech podstawowych piłkarzy, znów usadowiła się w spokojnym środku tabeli. Po 24 kolejkach zajmuje dziewiąte miejsce, co jest najlepszym wynikiem na tym etapie od 13 lat. Ograła już w tym sezonie Romę, Napoli, Atalantę i Inter. Unika kryzysów, bo nie zdarzyła się jej seria porażek dłuższa niż dwa mecze. Z obecnych trenerów nieprzerwanym stażem w jednym klubie na poziomie Serie A wyprzedza go nieznacznie już tylko Vincenzo Italiano z Bolonii. Podczas gdy jednak jego posada się chwieje, o Niemcu włoskie media piszą, iż trzyma się w siodle najmocniej ze wszystkich szkoleniowców w lidze. W ostatnich 12 latach w klubie dłużej od niego utrzymał się tylko jeden trener.
Ambasador polskiej piłki
Z polskiej perspektywy to, jak Runjaić radzi sobie w Serie A, nie musi być tylko ciekawostką dla kibiców Pogoni i Legii, śledzących losy byłego trenera. Udinese już niejednokrotnie pokazywało innym, mniej innowacyjnym klubom, nieznane ścieżki. To, iż wymarzonego trenera, który bezboleśnie wszedł do włoskiej piłki, mimo iż wcześniej nie miał z nią styczności ani jako piłkarz, ani trener, można znaleźć w polskiej lidze, może i innym pozwolić z czasem wychodzić spoza zaklętego kręgu nazwisk. Zwłaszcza iż Niemiec garściami czerpie z wiedzy i znajomości, które wyrobił sobie na polskim rynku.


Na asystentów wziął z Legii Polaków Przemysława Małeckiego, który prowadził choćby drużynę, gdy Runjaić był zawieszony, i Aleksa Trukana. Namówił szefów, by część zarobionych na sprzedaży piłkarzy milionów zainwestować w zawodników, których poznał w Polsce. Dwa miliony euro przelało Udinese za Szweda Jespera Karlstroema z Lecha Poznań, który już awansował na kapitana. Kolejne osiem poszło na Jakuba Piotrowskiego i Adama Buksę, reprezentantów Polski, których Runjaić trenował w Szczecinie. Choć żaden nie robi na razie we Włoszech furory, gdy tylko są zdrowi, trener zwykle daje im jakieś minuty. A pod koniec zimowego okna transferowego pojawiały się jeszcze plotki, iż Filip Marchwiński z Lecce w Udinese miałby się odbudowywać po ciężkiej kontuzji. Ostatecznie do tego nie doszło, ale i bez niego w Udine powstała całkiem spora ekstraklasowa kolonia.
Jednym z powodów, który sprawiał, iż Runjaić nie cieszył się w Polsce szczególną sympatią, było, iż przez sześć i pół roku nie nauczył się języka polskiego na tyle, by publicznie się w nim wypowiadać. Jego współpracownicy przekonywali wprawdzie, iż wiele rozumie i część potrafi powiedzieć, ale nigdy nie dał okazji tego sprawdzić. Sam podkreślał, jak wielu niemieckich trenerów w obcych krajach, iż nie chciałby zostać pośmiewiskiem, jakim do dziś jest w Niemczech Giovanni Trapatoni. Włoch, pod koniec lat 90., jako trener Bayernu Monachium, wygłosił legendarną tyradę, w której trakcie skaleczył język niemiecki na tysiąc sposobów, a jego lapsusy do dziś są częścią piłkarskiego słownika. We Włoszech na konferencjach prasowych Runjaić również wypowiada się więc po niemiecku, za pośrednictwem tłumacza. Jako kontrprzykład stawiano często Bjelicę, również pochodzącego z Bałkanów, który po polsku mówił już trzy miesiące po podpisaniu kontraktu z Lechem. Paradoks polega jednak na tym, iż z mówiących po polsku trenerów w ligach top 5 – Bjelicy w Berlinie, Eugena Polanskiego w Moenchengladbach, czy Lukasa Kwasnioka w FC Koeln – polski futbol długofalowo może mieć mniej pożytku niż z niemówiącego Runjaicia, który staje się dla kolejnych postaci z ekstraklasowego rynku bramą do lepszego świata.
Idź do oryginalnego materiału