Odwiedziłem Sandnes, rodzinne miasto klanu Ingebrigtsen. W dniach 1–3 października odbyła się tutaj pierwsza edycja festiwalu biegowego Runfest, za którego organizacją stoją najbardziej rozbiegani bracia świata. Z tej relacji dowiesz się m.in. czy na mecie była grochówka, ile kosztował pakiet i czy medal był ładny. Będzie też o szybkiej trasie, „heia, heia” i kolejce do Ingebrigtsena.
Nakręcili mnie zabawną rolką
Siedziałem sobie w maju z nosem w telefonie i bezmyślnie skrolowałem Instagrama. Wtem moim oczom ukazała się rolka, w której bracia Ingebrigtsen opowiadają, iż między 1 a 3 października zorganizują w rodzinnym Sandnes festiwal biegowy. Do wyboru cztery dystanse: 1500 m, 5 km, 10 km i półmaraton.
Normalnie przewinąłbym dalej, ale rolka była zrobiona z jajem. Na jednym z kadrów Jakob przykłada policzek do asfaltu i zapewnia, iż trasa jest „niewyobrażalnie płaska”. Potem widzimy, jak Henrik podbija do młodszego brata i stwierdza: powiedz, iż startujesz na 5 km, to może zrobić wrażenie na ludziach. Są też przekomarzanki w kwestii półmaratonu. Bracia przypominają Jakobowi, jak „umierał” podczas swojego debiutu w Kopenhadze w 2024 roku (dychę minął w 27:27, a ukończył w 1:03).
Spodobała mi się ta rolka. gwałtownie przeanalizowałem, czy do Sandnes kursuje jakiś tramwaj albo chociaż samolot. Okazało się, iż tak, więc długo nie czekając, wyciągnąłem ze skarpety 650 koron norweskich (bo tyle wyniosło startowe) i, jak to mówią Hiszpanie: ole, hej przygodo!
Grochówka, medal i toi-toie, czyli zacznijmy od pryncypiów
Sandnes (liczące ok. 50 tys. mieszkańców) znajduje się w południowo-zachodniej części Norwegii. Żeby się tutaj dostać, skorzystałem z samolotu do Stavanger. Tanie linie lotnicze regularnie kursują w tym kierunku z Gdańska. Z lotniska do Sandnes jest kilkanaście kilometrów, które można pokonać bezpośrednim autobusem linii 42. Tak też zrobiłem.
Tyle spraw organizacyjnych. Teraz do rzeczy. Zacznę opowieść o swojej norweskiej przygodzie od spraw fundamentalnych: co było w pakiecie? Napisałem, iż pakiet na 5 km kosztował 650 NOK, co w przeliczeniu na PLN oznacza ok. 260 zł. W tej cenie poza prawem startu była tzw. jednorazowa licencja i numer z chipem oraz medal, banan i kubki z płynami (izotonik i woda) na mecie.
Dyskusje o tym, czy medal jest ładny oraz koresponduje z klimatem regionu, pojawiają się w Polsce regularnie, więc wnioskuję, iż jest to dla wielu osób szalenie istotny wątek. Medal w Sandnes miał kształt dużej litery „R” jak Runfest, a zielone barwy – jak sądzę – nawiązywały do herbu miasta. Nie mogło też zabraknąć charakterystycznej łyżwy, a więc symbolu głównego partnera sprzętowego Jakoba i całej imprezy.

Bigosu, grochówki ani kiełbasek z grilla na mecie nie było. Nie brakowało natomiast foodtrucków z kebabem. Poza tym w sobotę (3 października), po ostatnim biegu imprezy, a więc 5 km, organizatorzy przygotowali afterparty. Była to jednak impreza biletowana, a więc dodatkowo płatna (350 NOK, 140 PLN). Jako iż zwykle po swoich występach nie mam powodów do świętowania, a ponadto jestem gburem, zawczasu zrezygnowałem z tej opcji.
Co warte podkreślenia, ani razu nie stałem w kolejce. Nie było zatorów podczas odbioru numeru startowego. Nie było ich też w strefie depozytu. No i last but not least, przy toi-toiach też pustki. Dodajmy, iż w ciągu dwóch dni na czterech dystansach zaprezentowało się ponad 2000 biegaczy, więc frekwencja nie w kij dmuchał jak na mimo wszystko dość kameralne zawody, choć z mistrzowskim sznytem.
O sporcie w knajpach
Oficjalnie Runfest wystartował w czwartek (1 października). Tego dnia zamiast biegania organizatorzy postawili jednak na serię spotkań z ekspertami. Punktualnie o godzinie 18:00 rozpoczęło się tzw. Street Sessions, czyli wykłady, rozmowy i podcasty na żywo w kawiarniach i restauracjach w całym mieście. Wstęp był bezpłatny i otwarty dla wszystkich.
Ingebjørg Skaalerud Baadshaug i Vegard Ølstørn, czyli menadżerowie związani z norweską siecią klubów fitness SATS, podjęli temat „Kiedy sport traci kontrolę, dokąd może pójść młodzież?”. Elisabeth Heigre, fizjoterapeutka i dyrektorka centrum medycznego w Sandnes, mówiła o sile drobnych zmian w radzeniu sobie ze stresem.
Poza tym tego dnia można było sprawdzić swój „wiek fitness” z Alphatek. Chętni mogli dzięki sprzętu opartego na AI (który tworzony jest w Stavanger) przejść badanie siły, skoczności i równowagi.
Heia, heia!
Do Sandnes dotarłem w piątek około godziny 22, więc ominęły mnie zarówno czwartkowe wykłady, jak też pierwszy dzień zmagań biegaczy. W piątek głównym punktem programu był bieg na 1500 m. W rywalizacji elity ku uciesze lokalnej publiczności zwyciężył Jakob Ingebrigtsen, mijając metę w 3:41.
Kulminacją festiwalu była sobota (3 października). Tego dnia rywalizowano w półmaratonie, na 10 km oraz na 5 km. Z samego rana z nieba lał się rzęsisty deszcz i nie wyglądało to optymistycznie, ale około godziny 11 zaczęło się przejaśniać. O 11:30 na trasę wyruszyli półmaratończycy i warunki do biegania mieli już dobre, bo 12–13 stopni i lekki wiatr.
Ja i JakobWszystkie dystanse rozprowadzono po tej samej trasie, która tworzyła literę „U” i okalała fiord Gandsfjorden. Na jej końcach wyznaczono nawrotki, a w środkowej części było centrum wydarzeń ze strefą mety. Atmosfera panująca w Sandnes przypominała rodzinny piknik, ale z ewidentnie sportowym zacięciem. Gdy tylko przez centrum miasta przebiegali biegacze, w powietrzu unosiło się „heia, heia” (dajesz, dajesz!), którym licznie zgromadzeni kibice zagrzewali ich do walki.
W półmaratonie do zwycięstwa wystarczył wynik 1:09:05, uzyskany przez zawodnika pochodzącego z Sudanu, ale od wielu lat regularnie startującego w Norwegii. Na dużo wyższym poziomie stała dycha, którą wygrał Biniyam Melak. Etiopczyk minął kreskę w 27:29. Jego życiówka jest lepsza, bo wynosi 27:10 (Castellón, 2026). Henrik Ingebrigtsen był siódmy i wykręcił 29:13.
Bieg amatorów na 5 km rozegrano o godzinie 17. Osobno, półtorej godziny później, puszczono elitę kobiet i mężczyzn. Nad swoim występem nie będę się zbytnio uzewnętrzniał. Powiem tylko, że finiszowałem na 13. miejscu z czasem 16:42. Z podobnym efektem pod koniec lipca kończyłem Bieg Powstania Warszawskiego.

W Sandnes przede mną było dwóch czternastolatków. Jeszcze mi się w Polsce na biegu ulicznym przegrać z takimi młodzieniaszkami nie zdarzyło. W biegu amatorów zwyciężył 18-letni Irlandczyk z wynikiem 15:14. Trasa była szybka, dokładnie tak jak zapowiadali „bracia” we wspomnianej rolce. Jeden łagodny podbieg, jedna nawrotka, asfalt gładki jak 20-letnie opony w Jelczu.
Wisienką na torcie był występ elity na 5 km. Stawkę w biegu kobiet tworzyły lokalne zawodniczki. Zwyciężczyni uzyskała 16:26. W biegu mężczyzn było już natomiast światowo. Poza Jakobem i jego bratem Filipem na starcie pojawili się m.in. Etiopczyk Abdrselam Worku (z tegoroczną życiówką na 5000 m – 13:00) czy Słoweniec Žan Rudolf (PB: 3:34,23 na 1500 m), którego możemy pamiętać z Diamentowej Ligi w Londynie, gdzie prowadził Josha Kerra w rekordowym biegu na milę.
W sobotę w Sandnes, podobnie jak w piątkowym biegu na 1500 m, górą był Jakob Ingebrigtsen, który uciekł rywalom na finiszu (uzyskując 13:26). Drugie miejsce zajął inny Norweg, Andreas Halvorsen (13:28), który dwa lata temu został mistrzem świata U20 na 3000 m. Podium uzupełnił Worku (13:29).
Kolejka do idola
Jakob Ingebrigtsen po zwycięstwie na 5 km był w doskonałym humorze. Na scenie podczas dekoracji chwycił za mikrofon i zagadnął Abdrselama Worku, doceniając jego postawę na trasie. – Wyglądałeś naprawdę mocno, prawie wygrałeś, powiedz, jak ci się dzisiaj biegło? – zwrócił się do Etiopczyka. Worku jednak się speszył i, tłumacząc, iż nie zna angielskiego, czmychnął ze sceny.
Jakob rozłożył ręce, przemówił do fanów po norwesku i ruszył do czynienia honorów idola, czyli rozdawania autografów oraz pozowania do zdjęć. W kolejce do mistrza ustawili się głównie rodzice z dziećmi. Było też trochę zawodników elity, którzy chcieli mieć fotkę z dwukrotnym mistrzem olimpijskim. Takich starych biegaczy amatorów jak ja czekało niewielu.
W pewnym momencie na horyzoncie pojawił się Henrik, który próbował „porwać” młodszego brata (bo zbliżało się afterparty). Nie widziałem jednak, żeby Jakob odmówił komukolwiek zdjęcia i uśmiechu.
Wyjazd imienia Achillesa
[UWAGA, WYMÓWKA ALERT] Od początku września mam problem ze ścięgnem Achillesa, co mocno pokrzyżowało mi plany treningowe na ostatnie cztery tygodnie przygotowań. Wypadło kilka akcentów i generalnie dzień w dzień biegałem z bólem (nie róbcie tak!). Z Achillesem w tym roku miał też problemy Jakob Ingebrigtsen. W lutym przebył operację ścięgna i musiał odpuścić sobie pierwszą część sezonu 2026. Wrócił jednak z przytupem.
Opowiadam o tym wszystkim, bo kiedy w sobotni wieczór w centrum Sandnes czekałem na autobus, którym planowałem dotrzeć do hotelu, podszedł do mnie młody mężczyzna. Chłopak miał urodę Daniela LaRusso ze starej wersji „Karate Kid”. choćby zacząłem się rozglądać, czy gdzieś tam za rogiem nie stoi pan Miyagi.
No więc chłopak, którego na potrzeby tej opowieści nazwę Karate Kid, zaczął mnie wypytywać: jak się biegło, jaki wynik, jak oceniam trasę, jakie mam życiówki, skąd jestem itd. Odwzajemniłem się podobnymi pytaniami. Okazało się, iż Karate Kid miał 17 lat i rok temu pobiegł 1:57 na 800 m. Teraz niestety ma przerwę od biegania, bo właśnie jest po operacji… ścięgna Achillesa.
Chyba na dowód, a może chciał się po prostu pochwalić bliznami niczym weteran z Wietnamu, w środku miasta ściągnął buta i podwinął skarpetkę, żebym na własne oczy przekonał się, jak wyglądają blizny po interwencji chirurgicznej w okolicach ścięgna Achillesa. Już wiem.
Czy polecam Runfest?
Bracia Ingebrigtsen już zapowiedzieli, iż w przyszłym roku Runfest znowu się odbędzie (30 września–2 października) i otworzyli przedsprzedaż pakietów w promocyjnych cenach. Czy warto odwiedzić norweskie home of champions?
Pod względem organizacyjnym nie mam się do czego przyczepić. Trasa była szybka i, co ważne, dobrze zmierzona. Lot z Gdańska trwa ok. 1,5 godziny, a poza bieganiem można taki weekend przeznaczyć na zwiedzanie (co uczyniłem, wizytując m.in. stare miasto w Stavanger).
Rzeczą, która mnie martwi, jest pogoda. Tym razem z warunkami atmosferycznymi braciom udało się trafić idealnie. W piątek niebo było bezchmurne, w sobotę przejaśniło się precyzyjnie na start biegów. W niedzielę aura już pokazała swoje typowo norweskie oblicze: ulewę i wiatr.
Z drugiej strony można jednak odbić piłeczkę, iż na początku października pogoda może koncertowo spartolić się również w Polsce. Podsumowując: tak, warto było odwiedzić Sandnes i nie wykluczam, iż wrócę tam za rok. Kto wie, może tym razem spotkam Karate Kida na starcie i już ze zdrowymi Achillesami pobiegniemy razem po życiówki.

16 godzin temu












