Tego typu opowieści pełne są zwykle lokalnego folkloru. Choć mogłoby się wydawać, iż każdy kopciuszek opowiada swoją własną historię, to nietrudno zgadnąć, jakie będą jej elementy składowe. Bramkarz ma jakieś sześćdziesiąt lat. Któryś z piłkarzy jest na co dzień listonoszem, dorabia. Młody z boku obrony przeszedł przez akademię Lecha czy Legii. A napastnik kiedyś otarł się o testy w niemieckim Magdeburgu, ale nie znał języka i zamiast kontraktu podpisał umowę na udostępnianie wizerunku i do tej pory jego twarz reklamuje tamtejszy zakład mięsny. W Świdniku jest jednak trochę inaczej. Odwiedziłem to miasto przed meczem Avii z Rakowem w ćwierćfinale Pucharu Polski i zobaczyłem, iż na czwartym poziomie rozgrywkowym można próbować robić naprawdę poważną, profesjonalną piłkę. Albo raczej Piłkę. Wiecie, przez wielkie P.
– Śni mi się dzień tego meczu – mówi mi z pełną powagą kapitan Avii Wojciech Kalinowski, kiedy siadamy do rozmowy w… gabinecie zarządu. Poważne miejsce, to i rozmowa poważna. – Ten sen wygląda tak, iż budzę się rano i wiem, iż to jest ten dzień. Czuję ekscytację, jem śniadanie z myślą, iż dziś mecz z Rakowem. Potem się budzę, jest wtorek, a w planach siłownia i mała gra – dodaje z uśmiechem, który przez dobrych czterdzieści minut zagości na jego twarzy kilka razy. Bo to po prostu bardzo fajna historia, która może wydarzyć się tylko w Pucharze Polski, gdzie starcia ekstraklasowiczów z drużynami z niższych poziomów rozgrywkowych są czymś całkowicie normalnym. A niespodzianki to już w ogóle sól tej rywalizacji.
– Czasem też myślę po prostu tak: ja pierdzielę, nigdy nie grałem w ćwierćfinale – w prosty sposób ubiera swoje myśli w słowa „Kali”. Daleki jest od deklaracji, iż przed nim najważniejszy mecz w karierze, ale nie ma zamiaru kryć, iż to spore wydarzenie. Dla niego, dla zespołu, dla kibiców. Zatem także dla Świdnika, bo to znane głównie z przemysłu lotniczego miasto ma dwie wizytówki. Fabrykę, którą jakiś czas temu wykupili Włosi. I Avię, jedną z ważniejszych instytucji w całym mieście.
Wszyscy zaangażowani w jej życie na każdym kroku próbują mnie przekonać, iż faktycznie tak jest.
Spis treści
- Avia Świdnik. Profesjonalizm nie podlega podziałowi na poziomy ligowe
- Małe wielkie sukcesy. "To jest piękne, nie?"
- Wzór do naśladowania, czyli jak w Avii budują solidny klub
- Publiczna kasa. Tę, jak się okazuje, można wydawać bez budzenia skandalu
- Avia Świdnik. Miejski klub nie znaczy zły?
- Warto dotować sport, ale czy jest dla kogo?
- Praca jak marzenie. "W Polsce kilka jest takich klubów"
- Wielkie wydarzenie, ale i kolejny dzień w biurze. "Problem" meczu Avia - Raków
- Każdy chciałby zagrać. Bo okazja może się już nie powtórzyć
- Atmosfera pracy i nie tylko. Zgrany zespół ze Świdnika
- Avia Świdnik dumna z postępów. Na miejscu łatwiej dostrzec detale
Avia Świdnik. Profesjonalizm nie podlega podziałowi na poziomy ligowe
Są może trochę sędziami we własnej sprawie, ale wbijając się do grona ośmiu najlepszych zespołów tej edycji Pucharu Polski, Avia potwierdza, iż ma potencjał na godne reprezentowanie Świdnika. Gdy rozmawiam z witającym mnie na peronie Michałem, jednym z pracowników klubu, ta myśl gwałtownie kiełkuje w naszych głowach. Przecież bez idącego w Polskę dobrego wyniku, nie przyjechałbym w lutym do Świdnika i nie spędziłbym w nim całego bitego dnia.
To jednak ten czas, możliwe, iż choćby ten jeden moment, w którym Avia przyciąga i ciekawi. Mnie jej pucharowy sukces – bo to już sukces – zachęcił do zajrzenia pod podszewkę i sprawdzenia, jak zbudowany jest klub na czwartym poziomie rozgrywkowym. Od poziomu szatni, przez struktury formalne, finansowanie, aż po szeroko pojętą klubową filozofię, która wygląda na mnie zza każdego rogu Świdnika. Filozofię opartą o budowanie solidnych podstaw i etos pracy, który zdaje się tu dla wszystkich bardzo ważny.
Zupełnie jakbym nie przyjechał gdzieś na peryferia zawodowego futbolu – nie ma tu zabawy w klub i zabawy w piłkę. Wszystko jest absolutnie na poważnie, na co zwraca mi uwagę Damian Zbozień. Jeden z tych piłkarzy Avii, których nie trzeba przedstawiać szerszej publiczności, bardzo sobie ceni miejsce, w którym się znalazł. Nie polecałby jednak tego kierunku wszystkim piłkarzom u schyłku kariery.
– Zależy, czego szukasz. jeżeli tylko radości, nie chcesz napinki, to Avia byłaby złym miejscem, bo tu mamy swoje cele. Wielu ludzi mówi, iż to rozmienianie się na drobne, ale ja tak nie uważam, bo to moja praca, dostaję za nią pieniądze i jeszcze przychodzę do niej z uśmiechem. I co? Miałbym skończyć karierę, bo ego by mi podpowiadało, iż byłem panem piłkarzem w Ekstraklasie i to nie przystoi? Dla mnie to żadna ujma. Szczególnie jeżeli mogę jeszcze dogonić, a choćby przegonić kilku młodych chłopaków. Daje mi to satysfakcję, iż mimo wieku daję radę, a w wielu aspektach przez cały czas jestem lepszy – mówi „Zboziu”.
Jego wypowiedź pięknie uzupełnia Kalinowski, który przyznaje, iż w klubie po prostu wszystko gra. Od samych szczytów, aż po najmniejsze szczegóły.
– Nie mówię tego chłopakom codziennie, ale wielu piłkarzy chciałoby grać w Avii. Nie chodzi oczywiście o takich z I ligi czy Ekstraklasy, raczej o to nasze trzecioligowe, lokalne podwórko. Powiedziałbym nawet, iż wszyscy gracze z trzeciej ligi chcieliby być zawodnikami Avii. No bo co? Treningi mamy na topowym poziomie, w porannych godzinach, to naprawdę Ekstraklasa. Pieniądze dostajemy na czas. Dlatego często powtarzam kolegom w szatni, by doceniali to, co tu mają i czerpali z tego pełnymi garściami.

Wojciech Kalinowski w meczu ligowym z Pogonią-Sokołem Lubaczów
Posłuchałem takich komplementów, aż w końcu przyszedł moment, żeby powiedzieć: sprawdzam. To niemożliwe, żeby wszystko było takie cukierkowe i słodkopierdzące. Mówimy przecież o trzeciej lidze, gdzie profesjonalizm nie powinien być specjalnie w cenie. Lidze, w której rywalizacja toczy się o kilka więcej niż złote kalesony. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać, ale – szczególnie w tym wypadku – jest to podejście krzywdzące.
Małe wielkie sukcesy. „To jest piękne, nie?”
Bo czym mierzysz sportowca? Jego sukcesem? Tak, to oczywiście najbardziej wymierny sposób oceny – widzimy człowieka, przez pryzmat jego dokonań i w sporcie to sukces powinien być tym najważniejszym celem. Sukcesy też jednak można skalować. Jeden wygra Ligę Mistrzów, inny wygra, a na pewno ma nadzieję wygrać, grupę IV w III lidze. Obiektywnie zatem piłkarze Avii Świdnik są, w skali choćby polskiego futbolu, piłkarzami najwyżej średnimi. Przynajmniej na dziś, na teraz, taki jest stan gry. Co nie znaczy, iż nie mogą zdobywać swoich szczytów, co tłumaczy mi Kalinowski.
– Jestem mega wdzięczny za to, iż w wieku 33 lat mogę pracować w takich warunkach, mogę się choćby dalej rozwijać, bo czuję tę pozytywną presję, dreszczyk rywalizacji. W Ekstraklasie byłem tym 23. zawodnikiem w kadrze. W II lidze wiecznie się biliśmy o utrzymanie, ciągła walka o każdy punkt. W Broni Radom nam nie płacili, choć mieli wielkie plany. Przyszedłem więc do Avii, bo Avia zawsze była drużyną z czołowych miejsc w III lidze. Chciałem w końcu wygrywać, bić się o jakieś ważniejsze cele – dziś jesteśmy na szczycie tabeli i w ćwierćfinale Pucharu Polski.
Do mnie to trafia. Bo w piłce nożnej największą przyjemność daje wygrywanie, choćby jeżeli oszukujesz swoją głowę, iż jest inaczej. Kiedy jednak spędzasz lata jako chłopiec do bicia… trudno się nim faktycznie nie stać.
– Nie miałem jakieś dużej kariery, ale mam po prostu ogromną satysfakcję z tego, gdzie i kim jestem. A jestem kapitanem tej drużyny, mam coś do powiedzenia, jestem doceniony przez kibiców, jestem doceniony przez ludzi z klubu. Tak jakby… to jest piękne, nie? – dodaje „Kali”.
W pracy jako takiej nie chodzi o to, żeby było ci źle. Pracujemy głównie po to, by zarobić pieniądze, ale czasem patrzymy też na inne wymiary. Dobre miejsce dla siebie możesz znaleźć choćby gdzieś, gdzie inni wcale by nie szukali. Tu znów cennym jest dla mnie spojrzenie Damiana Zbozienia, człowieka, który był już gdzieś dalej niż większość jego kolegów z szatni Avii. I nie wstydzi się tego, gdzie jest teraz. Pytam go, czy mając doświadczenia z wyższego poziomu może się w ogóle ekscytować grą w III lidze.
– No powiem ci, iż tak. Zawsze miałem takie podejście, iż trzymałem się tej Ekstraklasy rękami i nogami, no bo jak wypadniesz, to jest ciężko. Zawsze myślałem, jak to będzie, jak to będzie… No to teraz wydaje mi się, iż jest spoko, iż jest Ekstraklasa i Damian sobie żyje obok niej. I powiem ci, iż euforia jest ta sama. To są te same endorfiny, te same emocje. Dlatego chcę grać jak najdłużej, bo mi to sprawia przyjemność i po prostu lubię to, co gramy. Lubię ćwiczyć, lubię wysiłek fizyczny. Ostatnio się mnie pytał Karol Danielak: czy tobie się jeszcze chce? Był trochę zdziwiony, jak mówiłem, iż naprawdę, iż mamy dobre warunki w Świdniku, iż klub jest bardzo poukładany…
Tu warto urwać jego wypowiedź. W czym ta Avia jest taka dobra, iż każdemu tak się w tym Świdniku podoba?

Uradowany Damian Zbozień po wygranej Avii z Polonią Bytom w spotkaniu 1/8 Pucharu Polski
Wzór do naśladowania, czyli jak w Avii budują solidny klub
Pytam towarzyszącego mi przez kolejne godziny Michała, ile osób pracuje w klubie, jeżeli nie będziemy liczyć piłkarzy i sztabu. Unosi dłoń i zaczyna wyliczać, ile osób pracuje w biurach przy pierwszym zespole. Jedna, dwie, trzy…
– Jestem ja od PR i Agata od marketingu. Niby dwa działy, ale jednak blisko współpracujemy, bo nasze zadania się przecinają. Ona to w ogóle jak nie ogarnia tego całego marketingu, to trenuje dziewczynki w klubie – ma licencję UEFA B – lub sama występuje z „dychą” na plecach w kobiecym zespole. W dziale Agaty pozostało Kuba – serce, dusza i płuca klubu. Głównie zajmuje się siatkówką, ale zawsze możemy liczyć na jego pomoc. Jest Patrycja, bez jej entuzjazmu nasze social media straciłyby wiele. Współpracujemy też z filmowcem, grafikiem i fotografami. Nie mogę zapomnieć o drugiej Agacie i Joannie. Niektórzy twierdzą, iż to one są najważniejsze, bo klikają enter przy naszych wypłatach. Jest dyrektor sportowy, no nie da się ukryć, iż z Adim jest i nam łatwiej. Ma takie doświadczenie, widział w piłce już tyle, iż naprawdę warto go posłuchać również w kwestiach związanych nie tylko z kwestiami czysto sportowymi – przedstawia mi wszystkich i zaraz jeszcze się poprawia.
– Zapomniałbym… Pani Bożenka. Dba o porządek w klubie, o stroje chłopaków, a i dzieciaki z akademii przywoła do porządku. To jest ta na pozór niewidzialna praca, bez której nie moglibyśmy mówić, iż Avia to profesjonalny klub. Plus zarząd, ale proszę, nie zmuszaj mnie, żebym bawił się w Jarząbka, „łubu-dubu” nie będzie – żartuje Michał.
Zarządu klubu nie miałem okazji spotkać, wpadając do Świdnika na ostatniej prostej okresu urlopowego. Bez prezesa i pani wiceprezes wyszło z tej wyliczanki Michała osiem osób. Plus trzy pomagające z doskoku z zewnątrz. I mało, i niemało zarazem. Bo na tym poziomie rozgrywkowym niektórzy mogą pomarzyć o tym, by mieć tyle rąk do pracy i nie brać na siebie obowiązków trzech czy czterech osób. A to jest i tak baza, taka, na której można już robić coś ekstra jak na realia III ligi – można zaopiekować się dziennikarzem, który przyjedzie zrobić reportaż o klubie. I kolejnym, który ma przyjechać tego samego dnia wieczorem. Można równolegle rozbudowywać profile w mediach społecznościowych, budować identyfikację Avii, ale też dbać jeszcze solidniej o plany infrastrukturalne, serwis dla drużyny…
Pod tym względem robią w Świdniku to, co trzeba, a może i już coś więcej. Pod względem sportowym? Młody sztab szkoleniowy z 29-letnim Wojciechem Szaconiem na czele też zbiera mnóstwo pochwał. Ma do dyspozycji komputery, ekrany, drony. W okresie zimowym może prowadzić treningi pod balonem. Kiedy trzeba, to znajdzie się choćby naturalna murawa gdzieś w okolicy, jest okej. Kadra też zresztą trzyma się nieźle – starsi zawodnicy przeplatają się z młodszymi, głodni z nasyconymi, waleczni z kreatywnymi. Wszystkich trzyma w grupie jeden cel, o którym mówi mi Dave Assuncao. Anglik o angolskich korzeniach i typowo portugalskim nazwisku, co wobec kolonialnej historii nie dziwi. Dziwi mnie jednak, jak precyzyjnie Dave trafia w punkt, mówiąc o sile drużyny.
– Myślę, iż wszystko zaczyna się od tego, jak nasi liderzy utrzymują wszystkich razem. Drużyny odnoszące największe sukcesy zawsze mają w szatni solidny trzon zespołu. Bo są takie dni, kiedy przychodzę do klubu i nie czuję w sobie sił, by trenować na sto procent. Potem jednak widzę moich kolegów z drużyny, budzi się we mnie duch rywalizacji i znów mam wysoką motywację. To też wynika z wpływu doświadczonych graczy, jak choćby „Zboziu” – diagnozuje 23-latek.
Trzon ma tutaj wszystko – możecie mi wierzyć na słowo, ale spróbuję to też jakoś udowodnić. Zespół i jego wyniki to wierzchołek góry lodowej, której podstaw należałoby szukać w pobliskim ratuszu. Właścicielem Avii jest bowiem miasto, które dekadę temu przejęło klub w dosyć kiepskiej kondycji i od tej pory w lwiej części finansuje jego działanie. Kiedy słyszymy zestawienie „miejski” i „klub”, to naturalną jest reakcja obronna. I ja taką miałem, bo każda złotówka wydana na piłkę nożną z pieniędzy podatników powinna być oglądana nie dwa, a najlepiej piętnaście razy i nie da się uciec od wątpliwości, gdy ktoś wydaje miejskie pieniądze na sport.
Taką prasę zapewnił miejskim klubom przede wszystkim Śląsk Wrocław, który żyje tylko dzięki gigantycznym kroplówkom od Jacka Sutryka i jego ekipy i w ciągu nieco ponad sześciu lat przytulił na mocy prezydenckich rozporządzeń ponad 150 milionów złotych.
Śląsk Wrocław i krótkie studium miejskich kroplówek
Publiczna kasa. Tę, jak się okazuje, można wydawać bez budzenia skandalu
Avia też jest miejskim klubem. Też wiedzie jej się tak dobrze dzięki miejskim dofinansowaniom. Tu jednak spore kwoty przeznaczane są na działanie akademii i budowę solidnego zaplecza, które pozwoli na w miarę zrównoważony rozwój. Wszystkiego tego dowiedziałem się w Urzędzie Miasta Świdnik, do którego ze stadionu było ledwie pół rzutu beretem. Spacer nie był więc specjalnie wymagający, w przeciwieństwie do tematów, które chciałem poruszyć z burmistrzem Świdnika, Marcinem Dmowskim.
Piłkarze Avii chwalą się, iż mają jak pączki w maśle. Dostają za dużo? – zapytałem bez ogródek.
– Trzeba na to patrzeć przez pryzmat konkretów. Dajemy im po prostu dobre warunki do pracy, a nie wielkie pensje. Drużyna ma na przykład boisko pod balonem, zimą to duży atut. Ale trenuje tam półtorej godziny dziennie, a potem wchodzą na nie dzieciaki z akademii. Przyznam jednak, iż mamy podpisaną umowę na dwa boiska naturalne na obrzeżach miasta i one będą do dyspozycji pierwszego zespołu, ale i tych samych dzieciaków z akademii. Co do zarobków piłkarzy – nie tworzymy kominów płacowych, bo wiemy, iż one mogłyby zburzyć drużynę, na której budowie bardzo nam zależy. Przyjęliśmy też taką zasadę, iż piłkarze zarabiają pewną podstawę, do której dochodzą bonusy za wygrane mecze. Większą pensję możesz podnieść z boiska.
Ile najwięcej zarabia piłkarz Avii Świdnik? Nie chcę ustalać który, ale ciekawi mnie, gdzie jest ten górny pułap?
– Nie jest to więcej niż 13 tysięcy złotych na rękę. Nie są to może małe pieniądze, ale dla aspirujących do II ligi już są okej. A tam chcemy być w kolejnym sezonie. Miasto rocznie przeznacza na klub dotację w wysokości niespełna 11 milionów złotych – tak było w 2025 roku. Mówiąc o klubie, mam jednak na myśli wszystkie jego sekcje – piłka nożna, siatkówka, tenis, boks, sekcja pływacka. Te pieniądze rozkładają się na nie wszystkie. Ostatecznie wychodzi na to, iż na akademię piłkarską Avii przeznaczamy około 2 milionów złotych, a na pierwszy zespół idzie jakieś 2,5 miliona. Jednak trzeba zaznaczyć, iż klub ma też przychody od sponsorów, z których finansuje zawodowy sport. Celem dopłat miejskich jest wsparcie sportu dzieci i młodzieży. Do wspomnianej kwoty, przeznaczonej na pierwszy zespół, trzeba też dopisać potrzeby sztabu, ale też te organizacyjne czy logistyczne. Na transport jest jedna umowa dotycząca zarówno seniorów, jak i młodzież, w tym przypadku na pierwszy zespół idzie około 10% całej kwoty.

Urząd Miasta Świdnik ma tylko jedną wadę – jego wieża zegarowa nie spełnia swojego podstawowego zadania. Zdjęcie zrobiłem o 14:28, a wskazówki zatrzymały się na 17:35. Całą resztę gmachu oceniam jednak całkiem wysoko
Cóż, blisko 11 milionów to sporo, faktycznie. Dobrze jednak, iż burmistrz Dmowski wszedł w szczegóły i zdradził mi trochę więcej. Później podesłał mi także odpowiednie zestawienia finansowe, które z akceptowalną dokładnością potwierdziły jego słowa.
Przychody Avii Świdnik (wszystkie sekcje) w 2025 roku:
- dopłaty z Gminy Miejskiej Świdnik – 10,9 miliona złotych;
- przychody z umów sponsoringowych – 1,44 miliona złotych;
- przychody z umów transferowych w tym ekwiwalenty za wyszkolenie zawodników – 48,5 tysiąca złotych;
- przychody z biletów i karnetów – 15 tysięcy złotych.
Akademia Avii kosztuje rocznie trochę mniej niż jej pierwszy zespół, ale stopień finansowania jest w gruncie rzeczy podobny. I to akurat wydaje się dobrym układem.
– W akademii piłkarskiej Avii jest z 500 dzieciaków. Ja nie mam złudzeń, iż wszyscy tam zostaną piłkarzami, stawiamy raczej na powszechność i dostępność, nie robimy wielkiej selekcji – tłumaczy mi Dmowski. – Dlatego to kolejna z usług dla mieszkańców – finansujemy możliwość uprawiania sportu dla dzieci. I tak, te zajęcia są płatne, ale z tych opłat nie jesteśmy w stanie ich całkowicie sfinansować.
Znów – można się oburzyć, iż zgarniają kasę od rodziców, a ci jeszcze na dodatek dokładają do funkcjonowania akademii, płacąc w Świdniku podatki. Treningi mogą jednak kosztować więcej i mniej, co pan burmistrz tłumaczy mi na przykładzie Park Avia, czyli kompleksu basenów, będącego rekreacyjnym centrum miasta i zarazem powodem do pewnej dumy, bo – jak przekonuje mnie Dmowski – nie wymaga ponoszenia dodatkowych kosztów, jako iż sam generuje solidne wpływy do miejskiej kasy.
– Wyobraźmy sobie, iż prywatny inwestor stawia basen w Zakopanem. Zrobi bilety po sto złotych, a ludzie i tak będą korzystać. W Świdniku żaden prywatny inwestor nie zbuduje basenu, bo jak zrobi bilety za stówkę, to nikt nie będzie tam zaglądał. A jak zrobi tańsze, to nie zarobi. Wobec tego jedynym organem, który może utrzymywać taką instytucję jak basen jest miasto. U nas to zresztą nie jest jakiś zarządczy koszmar, bo ceny są i tak na tyle realne, iż wychodzimy mniej więcej na zero – deklaruje świdnicki włodarz.
Wróćmy jednak do piłki nożnej i Avii. Ta jest finansowana przez miasto, ale w podobnie zdroworozsądkowy sposób jak inne miejskie spółki. Nie zmienia to jednak faktu, iż choćby w ratuszu słyszę, iż idealnym byłby układ, w którym klub przejmuje prywatny inwestor.
– Chcielibyśmy zaprosić do klubu prywatny kapitał, naprawdę – planuje na głos Dmowski. – Najlepszy układ byłby taki, iż miasto ma złotą akcję, która zabezpiecza historyczne dziedzictwo klubu. Herb, stadion, nazwę. A resztą w takim modelu niech zarządza prywatny kapitał. Może na wyższym poziomie to się uda, zobaczymy. Drogę może wyznaczać siatkówka, do sponsorowania której wróciło choćby „Leonardo” – w tym sporcie jesteśmy na wyższym poziomie, więc naturalnie budzimy większe zainteresowanie takiej firmy.
„Leonardo” to wspomniana już włoska firma, która przejęła PZL-Świdnik w 2010 roku. Spółka mająca swój zakład poza Półwyspem Apenińskim także w Wielkiej Brytanii, została sponsorem tytularnym siatkarskiej Avii w styczniu 2023 roku. – Pomimo zmieniających się uwarunkowań, Avia Świdnik i PZL-Świdnik były ze sobą nieprzerwanie kojarzone. Obecnie, jako ważna część globalnej Grupy Leonardo, PZL-Świdnik uzyskuje nowe możliwości. Dzisiaj wykorzystujemy je, by te skojarzenia na powrót zmaterializować i mocniej promować naszą markę – mówił wówczas Jacek Libucha, prezes PZL-Świdnik. A obok niego podczas konferencji prasowej zasiedli ówczesny burmistrz Świdnika Waldemar Jakson i… jego późniejszy następca, Marcin Dmowski. Wtedy jeszcze w randze zastępcy.

PZL-Świdnik trzy lata temu ponownie zaangażowały się we wspieranie Avii. Na razie jej siatkarskiej sekcji (fot. PZL)
Avia Świdnik. Miejski klub nie znaczy zły?
Powrót Avii do starej struktury właścicielskiej zdaje się na dziś mało prawdopodobny. Co nie zmienia faktu, iż klub faktycznie jest ważnym punktem na mapie Świdnika i jego istnienie w formie miejskiej spółki należy uznać za… cóż, uzasadnione.
– Wcześniej to był fabryczny klub sportowy i tak naprawdę wiadomo, jak to było zorganizowane – zawodnicy często pracowali na zakładzie, byli tak zatrudniani przez lata komuny. Były baseny, była hala, były obiekty sportowe. Byli olimpijczycy, nasi siatkarze – Wójtowicz i Łasko – wylicza burmistrz. – No i dzisiaj też czuć w naszej społeczności sporą akceptację dla finansowania sportu, dla rozwoju tej dziedziny życia. Bo w różnych miastach mieszkańcy różnie na to patrzą, a ja śmiem twierdzić, iż w Świdniku nie dałoby się wygrać wyborów, jeżeli ktoś byłby przeciwny klubowi czy w ogóle sportowi – twierdzi Dmowski.
I pod tym względem go rozumiem. Do polityków należy generalnie podchodzić z rezerwą, ale jeżeli Marcin Dmowski wygrał wybory i jednym z jego ważniejszych postulatów – co sprawdziłem – było solidne wsparcie dla Avii i jej akademii, to chyba dobrze, iż ten postulat realizuje? Zapytałem go jednak, czy nie ma wrażenia, iż miejską kasę można wydawać lepiej niż na pensje piłkarzy, rowerki i inne udogodnienia, którymi chwalili się przede mną w klubie.
– Kiedy Włosi przejęli zakład, to wszystkie te gałęzie łączące go ze sportem poucinali, co choćby rozumiem. Po co im do produkcji helikopterów hotel, basen, siatkówka, boks czy piłka nożna? No właśnie. Kolejne sekcje Avii potrzebowały pieniędzy i tutaj dochodzimy do uzasadnienia miejskiej pomocy. W dużych miastach, jak Warszawa czy Wrocław, atrakcji jest w bród, a i firm zainteresowanych sponsorowaniem sportu znajdzie się na pewno więcej. W Świdniku? Jestem lokalnym patriotą, ale znam realia, a trzeba jakoś dostarczyć ludziom rozrywkę, sprawić, żeby coś się tutaj działo – pokazuje mi swój punkt widzenia Dmowski.
– Nie wstydzę się tych wydatków, bo z takim przekazem szedłem do wyborów. Powtórzę raz jeszcze – gdyby ktoś tu startował na burmistrza i powiedział: „nie no, gdzie tam, ta Avia nie jest ważna”, to przegrałby z kretesem. Sport jest tu dla ludzi ważny, sporo osób go akceptuje jako istotną część miasta. A dodam jeszcze, iż budżet całego miasta wzrósł w ostatnich latach prawie dwukrotnie, więc to naturalne, iż będziemy w niektóre rzeczy inwestować więcej.
Dla mnie wszystko jest jednak kwestią skali. Jak dużo można wydać na sport w mieście, które ma 36 tysięcy mieszkańców i każdy z nich ma niedaleko do oferującego nieco szersze perspektywy Lublina? To już sztuka złapania odpowiedniego balansu, o której rozmawialiśmy dobre pół godziny. Wyszło nam chyba, iż nie ma na to uniwersalnego przepisu.

Burmistrz Dmowski ugościł mnie w swoim gabinecie, gdzie nie mogło zabraknąć także akcentów świadczących o jego dużej sympatii do Avii
Warto dotować sport, ale czy jest dla kogo?
Nad tym zastanawiałem się dłuższą chwilę i zastanawiam się nadal. Bo cała Avia robi świetne wrażenie, pod względem organizacyjnym jest na naprawdę wysokim poziomie, co potwierdzają piłkarze mający doświadczenie z innych klubów.
Damian Zbozień: – To poziom I ligi, może poza boiskami treningowymi. Muszę mieć zaplecze, bo wymagam od siebie i lubię mieć odpowiednie warunki dookoła. Tu nie odczuwam tego, iż jestem zawodnikiem w III lidze. Lubię też miejsca, w których ludzie są otwarci na różne potrzeby. Prezes mnie raz zapytał, co by się tu jeszcze przydało i powiedziałem mu, iż rowerki. Ktoś pyta: po co? A ja mówię, iż to dobre do rozruszania się przed meczem, ale też integracji drużyny, choćby regeneracji. I niedługo później mieliśmy rowerki. W II lidze wielu będzie chciało tu przyjść.
Dave Assuncao: – Nie mam wątpliwości, iż mamy już wszystko, by grać na wyższym poziomie niż III liga.
Andrzej Sobieszczyk, bramkarz i trener bramkarzy Avii: – Chciałbym tu zostać jak najdłużej. Podobnie zarządzane kluby funkcjonują już w I lidze, to w pełni profesjonalny poziom.
Wszystko to wygląda fajnie, ale na sprawę można spojrzeć z jeszcze jednej perspektywy. W Świdniku mieszka dziś około 36 tysięcy osób. Należy „robić” dla nich sport z poziomu co najmniej II ligi? Niczego nie sugeruję, sam się zastanawiam i nie mam odpowiedzi na tak postawione pytanie.
– Czy robimy to dobrze? jeżeli nie będzie tu dobrych szkół, fajnej rozrywki, sportu na przyzwoitym poziomie, odpowiedniej infrastruktury, to ludzie będą się po prostu stąd wyprowadzać, tak jak wyprowadzają się z Chełma czy z Hrubieszowa. Świdnik na ten moment nie traci mieszkańców. Albo inaczej – traci ich tylu, ilu powinien w związku z kiepskim przyrostem naturalnym – przedstawia mi swój punkt widzenia pan burmistrz. interesujące jest też spojrzenie dyrektora sportowego i byłego piłkarza Avii, Adriana Paluchowskiego, którego zapytałem, czy jest tu dla kogo prowadzić klub piłkarski.
– Myślę, iż dopóki są jacykolwiek kibice, to tak. Mamy tu choćby kilkudziesięcioosobową grupę zagorzałych fanów, którzy jeżdżą na wyjazdy… dopóki są, to myślę, iż warto. Nie wszyscy są Widzewem czy Legią, nie sprzedamy kilkunastu tysięcy karnetów. Ale wierzę, iż każdy kolejny sukces powiększy rzesze naszych kibiców, których liczby i tak nie mamy się co wstydzić. Szczególnie jeżeli spojrzymy na niektóre kluby pierwszoligowe czy choćby ekstraklasowe.
Praca jak marzenie. „W Polsce kilka jest takich klubów”
Adrian Paluchowski miał dla mnie trochę więcej czasu, ale w jego pracy nie ma momentu całkowicie wolnego. Dla dyrektora sportowego, który dopiero co zszedł z boiska do gabinetów, największą bolączką jest… odbieranie telefonów. – Muszę się jeszcze przyzwyczajać. Tego dotyczył zresztą pierwszy skierowany do mnie zarzut prezesa. Gdy byłem rekrutowany, dzwonił on do mnie, a ja nie miałem zapisanego numeru. Wcześniej miałem proste założenie – nie znam, nie odbieram, najwyżej dalej będzie dzwonił. Tak funkcjonowałem przez dłuższy czas, ale wcześniej nie byłem żadnym dyrektorem – przyznaje z uśmiechem Paluchowski, który w międzyczasie załatwiał jakieś sprawy związane z dostawami sprzętu od Macrona.
Życie gabinetowe jest trudniejsze od tego piłkarskiego? – dopytuję.
– Dla mnie to choćby fajne, człowiek robi coś, czego nigdy w życiu jeszcze nie robił. Jest ciekawie, dużo się trzeba uczyć, ale to popycha do rozwoju.
Wszyscy chwalą mi tu Avię, wszystko jest na tip top. To pewnie dobre środowisko do rozwoju?
– I tak, i nie. Plusem jest dla mnie to, iż znałem klub, sztab, zarząd, oni znali mnie. Bez żadnego doświadczenia, uzbrojony w te elementy i trochę znajomości rozrzuconych po całej Polsce mogłem zacząć w przyjaznym dla mnie miejscu. Wszyscy wiedzieli też, iż będę musiał się nauczyć, jak działać w spółce, czyli jak odnajdywać się w korporacyjnych, biurowych realiach. A z drugiej strony – jeżeli wszystko jest stabilnie finansowane, podopinane na ostatni guzik, to człowiek się rozleniwia. Mam tu wszystko, więc jeżeli czegokolwiek jeszcze potrzebuję, muszę to bardzo dobrze uargumentować.
Właśnie, jeden z piłkarzy zwracał mi na to uwagę. Sam przekonywał, iż bardzo trzeba doceniać miejsce, w którym się znaleźli, bo to nie jest niestety standard.
– Zgadza się, mają wszystko adekwatnie pod nosem. Wydaje mi się, iż kilka jest takich klubów w Polsce. Jedyne czego nam brakuje, to bycia chociaż tę ligę wyżej.
Kluby miejskie nie cieszą się w Polsce dobrą prasą. Czemu ten projekt mielibyśmy oceniać lepiej?
– Burmistrz faktycznie dogląda Avii, tak jak jego poprzednik, więc wygląda na to, iż nie musimy się martwić o to, co będzie, jak władza się zmieni. A ja przeżyłem coś takiego w Siedlcach, tam też dopóki była jedna władza, to było super. Potem władza się zmieniła i wszystko obróciło się o 180 stopni. Nie było pieniędzy, wstrzymano wypłaty, na wszystko brakowało. Szkoda, bo to może być wizytówka miasta czy regionu.

Adrian Paluchowski rok temu biegał jeszcze po boisku. Tu w meczu 1/16 Pucharu Polski z Ruchem Chorzów
Kampania pucharowa to taki miły bonus?
– Czy ja wiem, czy to taki bonus? Zrobiliśmy coś fajnego już drugi rok z rzędu, w tamtej edycji pokonaliśmy Polonię Bytom i zagraliśmy z Ruchem Chorzów. Już w zeszłym roku uznaliśmy to za fajny dodatek, a w tym pozostało ciekawiej. Mamy chyba jakąś powtarzalność. Nie odpadamy na pierwszej rundzie, parę spotkań z mocniejszymi rywalami wygraliśmy. Trochę może utarliśmy nosa innym drużynom z województwa, bo jako jedyny klub reprezentujemy Lubelszczyznę na tym etapie rozgrywek.
Czy trener Szacoń jest centralną częścią tego projektu?
– Myślę, iż można tak to ująć. Oprócz tego, iż pracuje jako trener i przygotował model dla akademii, to jeszcze, nie będę ukrywał, wszyscy w klubie pracujemy często w roli skautów, prowadzimy rozmowy z zawodnikami, agentami. Nie mamy rozbudowanej struktury, więc on też jest w to zaangażowany.
Te rozmowy muszą być proste, skoro macie tu takie dobre warunki.
– Trwa dopiero moje pierwsze pełne okienko, ale widzę z perspektywy kogoś, kto wcześniej był już w klubie, jaki tu nastąpił postęp. Spokojnie możemy walczyć o zawodników drugo- albo i pierwszoligowych. A to dzięki finansowej stabilności, która nie jest w Polsce normalnością.
Wielkie wydarzenie, ale i kolejny dzień w biurze. „Problem” meczu Avia – Raków
Gdy wszyscy czują się gdzieś dobrze, to łatwo o zbudowanie fajnej atmosfery. Avia Świdnik roztacza wokół bardzo przyjemną, pozytywną aurę – każdy uśmiechnięty, zadowolony, podekscytowany zbliżającym się wyzwaniem i wywalczonym już awansem do ćwierćfinału Pucharu Polski. Ale też wspólną walką o awans do II ligi, która na razie jest bardzo zacięta. Zimę Avia spędziła na szczycie tabeli, ale tylko punkt przed KSZO Ostrowiec Świętokrzyski i ledwie z dwoma oczkami zapasu nad Chełmianką Chełm.
– Ten mecz z Rakowem to taki dodatek. Bardzo słodki dodatek, ale ewentualna wygrana posłużyłaby nam do tego, żeby z gigantyczną pewnością siebie przejść przez resztę sezonu i pewnie wygrać ligę – mówi mi Dave Assuncao, wyraźnie zaznaczając, jakie są priorytety. Jego nie postawiłem jednak przed trudnym dylematem, który miał rozwiązać dla mnie Andrzej Sobieszczyk.
Awans do II ligi czy półfinał Pucharu Polski? – spytałem bramkarza Avii.
– Zdecydowanie awans.
A jakbym tu dorzucił finał?
– To trudne. O półfinalistach pamiętają tylko ci, co się najbardziej interesują. Ale awans do finału sprawiłby, iż zapiszemy się w historii klubu już na zawsze. Naszym głównym celem jest II liga, ale… trudne.
No trudne, sam bym chyba nie umiał odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Bo mecz na Stadionie Narodowym o Puchar Polski to nie jest byle co. Zdziwiłem się jednak, iż ten wybór nie jest dla Andrzeja jednoznaczny. Spodziewałbym się raczej, iż postawi pucharowe szaleństwo ponad wszystkim i po prostu mnie zaskoczył. Porozmawialiśmy jednak trochę dłużej i zrozumiałem, dlaczego widzi tę sprawę właśnie tak, a nie inaczej.

W grudniu Andrzej Sobieszczyk razem z kolegami wyrzucił z Pucharu Polski Polonię Bytom. I to nie po raz pierwszy
– Kiedyś w Niepołomicach, dobrych dziesięć lat temu, potrafiłem się spóźniać na treningi, a nie miałem żony, ani dzieci. Teraz? Sam nie wiem, jak ja mogłem wtedy tak funkcjonować. Albo właśnie nie mogłem, skoro nie funkcjonuję na wyższym poziomie. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie tego wszystkiego.
W przeszłości, jak wynika ze słów Sobieszczyka, brakowało mu dyscypliny. Teraz dzięki niej i odpowiedniej systematyce golkiper może osiągnąć z Avią długofalowy sukces. W Pucharze Polski przygotowujesz się na jeden mecz, jak wygrasz, to znowu myślisz o jednym meczu. Podczas gdy liga sprawdza twoją gotowość do poświęcenia w dłuższym okresie. Testuje charakter.
– Nie traktuję tego meczu z Rakowem, jak najważniejszy w moim życiu. Mam nadzieję, iż będą ważniejsze.
Finał na Narodowym?
– Na przykład. Choć nie można mieć takich oczekiwań. One zwykle kończą się tak, jak się kończą.
Tu widać z kolei, iż w Sobieszczyku walczą dwa wilki. Jego koledzy mogą mieć podobne odczucia wobec zbliżającej się rywalizacji z ekipą spod Jasnej Góry. To wielkie wydarzenie, ale nie może przysłonić tego, na co pracują od początku sezonu. Trzeba sobie jakoś radzić z emocjami.
– Od momentu losowania, które było 10 grudnia, do daty meczu – 5 marca – wyliczyłem sobie, iż minie 85 dni – opowiada mi Sobieszczyk. – Codziennie myślę o tym spotkaniu z Rakowem, nie chcę niczemu uchybić. jeżeli przypomnę sobie jakieś swoje życiowe porażki, to wszystkie wynikały raczej z braku konsekwencji i systematyki. Bardzo bym nie chciał poczuć tego samego zawodu po raz kolejny, więc staram się być i konsekwentny, i systematyczny.
Odlicza, ale jest spokojny. Myśli codziennie, ale to tylko pomaga utrzymać się we właściwym reżimie.
– Zresztą grałem już w ćwierćfinale Pucharu Polski – rzuca, jakby przekonując samego siebie, iż to nie pozostało żaden wielki sukces.
I myślałeś o tamtym meczu przez 85 dni?
– Wtedy to było coś koło 40…

Andrzej prowadzi też zajęcia dla bramkarzy z akademii Avii. Chwilę ich choćby popodglądałem przy pracy
Trudno nie myśleć o meczu z zespołem ze ścisłego topu polskiej piłki. Drużyną, która jak burza przeszła niedawno przez fazę ligową Ligi Konferencji, jest murowanym faworytem do zwycięstwa i przyjeżdża do Świdnika jako najmocniejszy rywal od bardzo dawna. Do takiego wydarzenia trzeba jednak odpowiednio podejść i tu znów kaganek oświaty niesie podpatrywany przez kolegów Damian Zbozień.
– Nie chcę, żebyśmy byli już spełnieni wychodząc na boisko – mówi mi obrońca. – Trzeba się tym cieszyć, ale kurde, no trzeba też powalczyć. Jesteśmy sportowcami, choćby jeżeli będzie nam potrzeba fura szczęścia. Muszą się stać cuda, ale one się w piłce dzieją. A choćby jak mają z nami wygrać, to niech poczują, iż to nie było za darmo.
Każdy chciałby zagrać. Bo okazja może się już nie powtórzyć
Zanim jednak dojdzie do starcia z Rakowem, w Świdniku stoczona zostanie jeszcze inna walka. A adekwatnie kilka walk, bo cechą charakterystyczną dzisiejszej Avii jest to, iż nikt nie może być do końca pewny swojej pozycji w zespole. Trener Szacoń i jego sztab nie mają oporów przed przetasowaniami w wyjściowej jedenastce – rywalizacja na kilku pozycjach jest naprawdę zacięta i może się toczyć do ostatniej chwili. Miejsca w składzie nie dostaje z urzędu choćby kapitan zespołu, Wojciech Kalinowski:
– Zaznaczę od razu, iż rywalizacja nie psuje atmosfery. Powiem ci, jak to wygląda z mojej perspektywy – ciągły oddech na plecach sprawia, iż ja się czuję jak 24-letni chłopak, to napędza. Co z tego, iż jestem kapitanem? To się nie liczy. Tu nikt nie ma pewnej pozycji. Zagrasz jeden słabszy mecz i możesz wylądować na ławce – tłumaczy.
Dobrym przykładem będzie tu mecz z Polonią Bytom, który wspominają razem Wojtek z towarzyszącym mi przez cały dzień Michałem, a ja na chwilę przechodzę do trybu biernego słuchacza. Bo to oni byli w środku akcji, sami wiedzą, które struny poruszyć. A na pewno wiedzą lepiej ode mnie.
– Ja w ogóle pracowałem bardzo długo z takim sportowym terapeutą, bo miałem mega problem z tym, iż nie gram, iż jestem odrzucony, iż jestem niedoceniony – mówi „Kali”. – Teraz tak sobie to wszystko analizuję, iż w końcu, już po wszystkim, akceptuję sytuację i się z nią godzę. Wiem, iż jak Dave zagra na mojej pozycji, to też pomoże drużynie. W meczu z Naprzodem Jędrzejów, tuż przed starciem pucharowym z Polonią, dał asystę i gola, więc cieszyłem się z jego występu. A w końcu przyszła sześćdziesiąta minuta, Dave już nie mógł dłużej i… ja wchodzę i też gram dobrze. Robię, nie wiem, wolnego, z którego padła bramka – wspomina.
Dave zagrał jednak tak dobrze, iż Wojtek nie wyszedł potem w pierwszym składzie na mecz pucharowy i trochę go to gryzło.
– Było mi po ludzku przykro, nie? Chciałem być w jedenastce, ale wiedziałem z wyprzedzeniem, iż nie będę grał od początku. Pierwszy dzień – akceptacja, w porządku, przygotowuję się jak zwykle. Drugi? Okej, akceptacja, nie będę grał, spoko. Ale przychodzę w dniu meczu do klubu, widzę tę otoczkę, kamery… kurwa, no ciężko o akceptację.
Zbozień: – Podoba mi się, iż jest tu kilku zawodników, dla których to tak duże wydarzenie. Cieszę się, iż tak reagują, iż się przygotowują. Ja grałem dwa razy w finale, raz udało się wygrać, ale dziś czerpię tę energię od innych. Przez co sam widzę, iż też potrafię takie wydarzenie docenić – ja już się trochę nagrałem, ale kiedy widzę obok siebie kolegę, któremu bardzo zależy, to dam z siebie tych kilka procent więcej.
Sobieszczyk: – Fajnie być w ćwierćfinale, ale myślę, iż stać nas na więcej.
Assuncao: – Moim celem jest gra na jak najwyższym poziomie, więc nie mogę traktować spotkania z Rakowem jak wielkiego wyzwania, takie myślenie zaprowadzi mnie donikąd.

Dave podczas ćwiczeń na siłowni. Tak, stały w niej te załatwione przez „Zbozia” rowerki, potwierdzam
Atmosfera pracy i nie tylko. Zgrany zespół ze Świdnika
Nawet jeżeli chciałbym wierzyć, iż jakością piłkarską Avia może się postawić ekipie Rakowa, to trudno mi faktycznie znaleźć takie argumenty, które przemawiałyby pod względem sportowym za zespołem trenera Szaconia. Atutów świdniczan szukam więc w zgraniu, powtarzalności, ambicji i świetnej atmosferze panującej w zespole. Ta nie przeszkadza w ciężkiej pracy, której etos definiuje w ostatnich miesiącach Damian Zbozień.
Chłopaki mówią mi tak: „Zboziu” top, wzór do naśladowania, podglądamy go, uczymy się, jest niesamowity – rzucam.
– Co, mam zaprzeczyć? – śmieje się piłkarz Avii.
A kłamią?
– Uważam, iż tak to po prostu powinno wyglądać. Naturalnie wyszło na to, iż moja rola, jako zawodnika przychodzącego z wyższych lig, jest taka, iż mogę im dawać przykład. Nie muszę się jednak specjalnie wysilać, bo całą karierę się tak prowadziłem. Cieszę się, iż to procentuje, iż ktoś z tego czerpie. Dla niektórych chłopaków wręcz było śmieszne, iż ja w ramach przygotowania do meczu po prostu o nim myślę. A jeżeli wiem, iż na drugi dzień mam grać, dajmy na to, z Lechem Poznań, to muszę być gotowy nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Bo naprzeciwko staną mega dobrzy piłkarze. Trener Ojrzyński śmiał się kiedyś, iż jak idzie wojownik do walki w klatce, to nie siedzi sobie na kilka minut przed walką i nie śmieje się, słuchając disco polo. Bo wie, iż zaraz może dostać po głowie.
Każdą szatnię piłkarską można podzielić na podgrupy, ale nie w każdej panuje takie modelowe niemal zrozumienie roli, jaką powinieneś odgrywać. Wojtek Kalinowski zapewnia mnie, iż wszystko jest tu poukładane i on bardzo lubi zadbać o to, by każdy był w szatni na swoim miejscu, jednocześnie czując, iż to faktycznie jego miejsce.
– Atmosfera jest tu naprawdę zajebista. Czy doświadczyłem lepszej? Jak grałem w Sokole Ostróda, ale tamten okres ciężko będzie przebić, bo całą drużyną mieszkaliśmy wtedy w jednym hotelu. Codzienność jak na koloniach. Co nie zmienia faktu, iż tu jest teraz świetnie, a jeszcze idą za tym wyniki – podkreśla kapitan Avii. No i faktycznie łatwo o uśmiechy, gdy robisz historyczny wynik w Pucharze Polski i jednocześnie jesteś na dobrej drodze do awansu.
Po kilku godzinach spędzonych w klubie myślę jednak, iż to coś więcej. Absolutną bombę detonuje w pewnym momencie Sobieszczyk.
– Kocham moje dzieci, kocham moją rodzinę, ale jak się kładę wieczorem spać, to nie mogę się doczekać, aż następnego dnia zaprowadzę dzieci do przedszkola i tu przyjadę.
A wtóruje mu „Kali”:
– Często zostaję z Andrzejem po treningach – lubimy te chwile po robocie, kiedy w spokoju możemy pogadać. Obaj się wtedy zastanawiamy: ile nam tych treningów zostało? Ile wejść do klubu, ile lat gry? Trzeba to wszystko wokół doceniać, dopóki to masz.
Wielu znalazło w Świdniku dobre miejsce. Dla jednych to wygodny przystanek, dla innych spokojny port, do którego mogą zawinąć na lata. Jeszcze inni skończą tu pewnie swoje kariery, jak jeszcze niedawno Adrian Paluchowski. Tyle iż na emeryturze nie będzie już kolegów z szatni, treningowej rutyny ani choćby suchych żartów.
– Robimy sobie śmieszne prezenty – mówi Kalinowski. – Dzisiaj jeden z piłkarzy, który jest po przeszczepie włosów w Turcji, dostał szampon DX2. Ten przeszczep był ze cztery lata temu, ale… był potrzebny.
– Bardzo mi się tu podoba, zwłaszcza iż koledzy dbają o to, żebym czuł się komfortowo – to już z kolei słowa Assuncao. – Choć niewielu mówi dobrze po angielsku, to i tak starają się ze mną komunikować. Wszyscy w klubie emanują pozytywną energią i także dzięki temu nie mam choćby jednego złego słowa do powiedzenia o Polsce.
Wiele osób w klubie potwierdziło, iż przy rekrutacji nowych piłkarzy dużą wagę przywiązuje się do tego, jaki mają charakter. Nie chodzi tylko o ich nastawienie do futbolu i pracy jako takiej, ale też o podejście do innych ludzi. Każdy element musi do szatni Avii pasować i w ostatnich miesiącach udało się uzyskać balans bliski optimum. W tym można upatrywać głównego źródła sportowych sukcesów – w zespole. A iż jest on jeszcze wspomagany przez pracujący z dużym profesjonalizmem sztab szkoleniowy i poukładany klub… Nic tylko przenosić góry.
Okej, pagórki.

Stadion Avii w dniu moich odwiedzin nie był raczej gotowy do gry
Avia Świdnik dumna z postępów. Na miejscu łatwiej dostrzec detale
Zepnijmy to wszystko mniej słodką klamrą. Avia faktycznie nie jest klubem, który można jakkolwiek porównywać do Rakowa. Ciężko znaleźć skalę, w której świdniczanie byliby chociaż blisko ekipy spod Jasnej Góry. Są tam tego świadomi, bo nie spotkałem w mieście kompletnie odstrzelonych wariatów. To raczej mądrzy ludzie, którzy chcą pokazać swoją wartość przed szerszą widownią. Bez wstydu, z dumnie wypiętą piersią, od której nie raz i nie dwa mają się odbijać w najbliższym meczu ekstraklasowicze.
– Mówię chłopakom, iż o ile ktoś im wciska, iż są zawodnikami trzecioligowymi, to nie mogą w to wierzyć. Bo jedyna różnica przy takich treningach, takim mikrocyklu jest taka, iż zarabiają od tych w I lidze trzy razy mniej – przekonuje „Zboziu”.
I jeżeli wierzyć jego słowom, to można dostrzec, skąd w Avii to zacięcie na profesjonalizację wszystkich aspektów funkcjonowania klubu. Od niektórych klubów z wyższych lig Avię – w relacjach ludzi ją tworzących – odróżniają na ten moment ledwie detale oraz miara odnoszonych sukcesów. Raków swoich wielkich chwil wyczekuje w europejskich pucharach czy grze o mistrzostwo Polski. „Kali” i spółka mają bardziej przyziemne radości.
– Po meczu z Polonią brat wysłał mi na Messengerze filmik, na którym zapłakany mówi, iż naprawdę to zrobiliśmy. Sam widzisz, iż mam wielkie wsparcie rodziny, oni są zwyczajnie ze mnie dumni. A moja żona to już w ogóle poświęciła życie, żebym miał jak najlepiej – mówi z pełną świadomością wagi swoich słów. Jest dziś trzecioligowym piłkarzem, ale to nie znaczy, iż ma jakiekolwiek powody do wstydu. W domu, w szatni, na boisku. To nie tak, iż zawiódł, bo nie zdołał podbić Ekstraklasy. Kapitan Avii jest tylko przykładem zawodnika, który może spełnić się lokalnie, wnieść coś do mniejszej społeczności.
– Nie jestem na pierwszych stronach gazet, ale mam tę swoją „ważność” w tym wszystkim. Mam swoją odpowiedzialność, mam swoją presję, mam ten swój ogródek. Swoją szansę na spełnienie.
Należy to niezwykle szanować. Może zresztą – kto wie – za jakiś czas zobaczę te same twarze w jakichś innych realiach i przekonam się, iż droga obrana przez osoby odpowiedzialne za rozwój Avii faktycznie miała jeszcze większy sens. jeżeli jednak za trzy, cztery czy pięć lat klub ze Świdnika będzie w podobnym miejscu co dziś, nie powiem z pełnym przekonaniem, iż ktoś zawiódł. Najpierw przyjrzę się bardzo uważnie temu, jakie mniejsze sukcesy udało się wypracować i jakie pagórki przeniesiono.
– Ostatnio robiliśmy badania zadowolenia z życia w Świdniku i 82% ankietowanych odpowiedziało, iż jest im tu dobrze lub raczej dobrze. To jest dla mnie jakaś informacja, iż idę w dobrym kierunku – mówi mi w toku naszej rozmowy burmistrz Dmowski. I myślę, iż podobnie jest w Świdniku z Avią. Zdecydowana większość ankietowanych twierdzi, iż to po prostu dobry klub. Tylko tyle i aż tyle.
ANTONI FIGLEWICZ
***
PRZECZYTAJ WIĘCEJ HISTORII Z NIŻSZYCH LIG NA WESZŁO:
- O czym marzą fani Unii Skierniewice? [REPORTAŻ]
- Długi, kłamstwa i pogarda. Skra Częstochowa to fabryka patologii
- Treningi o 7 rano. Czy Sandecja łamie reguły tworząc Klub Kokosa?
Fot. Newspix / PZL / Avia Świdnik / własne

3 godzin temu














