Po zakończeniu meczu z GKS piłkarze Legii choćby nie podeszli do swoich kibiców, którzy w całości wypełnili sektor gości na stadionie w Katowicach. Nie wiadomo, czy dlatego, iż znów się nie popisali, czy dlatego, iż nie chcieli słuchać bluzgów, które kibice kierowali w ich stronę po ostatnim spotkaniu w Gdyni.
REKLAMA
Zobacz wideo Kosecki o rozmowach motywacyjnych z kibolami: o ile nie wygracie meczu to...
Fakty są jednak takie, iż Legia na zwycięstwo w ekstraklasie wciąż czeka od września zeszłego roku i wciąż jest w strefie spadkowej. Przy okazji Warszawiacy pobili niechlubny rekord klubu, który został ustanowiony pół wieku temu.
Dobry początek Legii
Po fatalnym początku rundy wiosennej - porażce z Koroną i szczęśliwym remisie z Arką - nastroje w Legii wciąż były złe. Przyjście do klubu Papszuna miało odmienić grę drużyny, tymczasem w dwóch pierwszych meczach 2026 r. Warszawiacy grali równie źle co jesienią. - Przed nami mnóstwo ciężkiej pracy - mówił w środę Papszun na konferencji prasowej.
Ale na początku piątkowego spotkania w grze Legii było mnóstwo pozytywnej energii. Piłkarze Papszuna wyglądali tak, jak w końcówce meczu z Arką, gdy w ostatnich sekundach wyszarpali bardzo istotny punkt. Można choćby powiedzieć, iż był to jeden z najlepszych momentów Warszawiaków w całym sezonie.
W pierwszych minutach Legia zdominowała GKS. Piłkarze Papszuna byli bardzo dobrze zorganizowani w obronie i nie dopuszczali gospodarzy pod swoje pole karne. W pierwszym kwadransie legioniści stworzyli choćby dobrą akcję, po której bramkę mógł zdobyć Patryk Kun. Mógł, ale jego uderzenie z pola karnego odbił Rafał Strączek.
To, co nie udało się Kunowi, w 26. minucie udało się Wahanowi Biczahczjanowi, który pokonał Strączka ładnym, precyzyjnym strzałem. I był to gol zasłużony, nagroda dla Legii za dobry początek. Z gry swojej drużyny bardzo zadowolony był też Papszun, który co chwilę bił im brawo.
Trener Legii obserwował mecz na stojąco, tuż przy linii bocznej i co chwilę dodawał otuchy piłkarzom. Papszun bił brawo nie tylko po bramce, ale też po - na pozór - małych akcjach, w których legioniści kilkoma podaniami wychodzili spod pressingu przeciwnika. Trener Legii energicznie machał rękoma i nakręcał swoją drużynę. W tamtym momencie wszystko układało się po myśli gości. Do czasu.
Frustracja Papszuna
Legia w tym sezonie przyzwyczaiła do tego, iż gdy traci bramkę, traci też kontrolę nad tym, co dzieje się na boisku. W piątek - mimo prowadzenia - legioniści też dali się wybić z rytmu. Momentem ostrzegawczym był bardzo groźny strzał z pola karnego, który ciałem zasłonił jeden z obrońców. Mimo iż wtedy Papszun znów nagrodził drużynę brawami, to za chwilę stracił nad sobą panowanie.
W 42. minucie trenera rozjuszył Antonio Colak. Papszun miał wielkie pretensje do napastnika za to, iż ten nie ruszył do pressingu, przez co GKS zaczął akcję ofensywną. Akcję, która poszła lewą stroną i doszła aż do pola karnego Warszawiaków. Papszun wkurzył się tak bardzo, iż najpierw aż wbiegł na boisko na wysokości linii środkowej, za co został ukarany żółtą kartką. Chwilę później szkoleniowiec nakazał rozgrzewkę Milecie Rajoviciowi.
Przed przerwą Papszun frustrował się jeszcze dwa razy. Najpierw po faulu Ermala Krasniqiego pod polem karnym, na co kręcił głową z niezadowoleniem. Chwilę później Papszun tylko załamał ręce po golu Borjy Galana na 1:1. Trener Legii był też zdziwiony, iż sędzia - mimo protestu legionistów, którzy sygnalizowali spalonego - uznał tę bramkę.
Pozytywne nastawienie Papszuna uleciało momentalnie. Tak samo jak dobra postawa jego piłkarzy na boisku. Dlatego trener Legii po ostatnim gwizdku momentalnie zszedł do szatni, po drodze zbijając tylko piątkę ze swoim byłym piłkarzem - Bartoszem Nowakiem - dziś gwiazdą ekstraklasy w barwach GKS.
W drugiej połowie powodów do euforii Papszunowi nie przybyło. Co więcej, legioniści mogli być zadowoleni, iż mecz w Katowicach zremisowali. Bo jeżeli ktoś był bliżej wygranej, to zdecydowanie byli to gospodarze. To oni w końcówce mieli dwie doskonałe okazje do zdobycia bramki, których nie wykorzystali i po spotkaniu to właśnie oni mogli czuć niedosyt. Legia? Ona w końcówce choćby nie wyglądała jak drużyna, która chciała wygrać.
Szpilka od spikera
Mecz w Katowicach od początku przebiegał w bardzo gorącej atmosferze. Jeszcze przed rozpoczęciem spotkania kibice GKS zaprezentowali oprawę i odpalili pirotechnikę, przez co rozpoczęcie meczu opóźniło się o kilka minut.
Drużynę Rafała Góraka wspierał komplet publiczności, czym gospodarze pochwalili się w drugiej połowie. Ale w całości wypełnił się też sektor kibiców gości. Fanów z Warszawy wspierali zaprzyjaźnieni kibice Zagłębia Sosnowiec, przez co na stadionie nie brakowało też momentów z mniej kulturalnym dopingiem.
Na stadionie w Katowicach było gorąco, momentami wulgarnie, ale też zabawnie. Tak jak w przerwie, kiedy gospodarze zabawili się z kibicami w specjalną kamerę - kiss cam - w której pojawiali się nie tylko kibice, ale też byli piłkarze GKS.
Kibice gospodarzy śmiali się też przed meczem za sprawą pierwszych słów spikera. Ten najpierw kulturalnie przywitał gości z Warszawy, a potem wbił im szpilkę. - Dziś gramy z drużyną, która przed każdym sezonem wskazywana jest w gronie faworytów do mistrzostwa Polski - zaczął spiker.
- Ten sezon jest jednak inny i Warszawiacy walczą o utrzymanie - zajmując przedostatnie miejsce w tabeli - dodał, czym rozbawił kibiców GKS, którzy na te słowa zareagowali oklaskami.
Nowy, niechlubny rekord Legii
Bramka Biczachczjana na 1:0 sprawiła, iż Legia prowadziła w meczu ekstraklasy pierwszy raz od 138 dni! Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce 28 września, kiedy drużyna prowadzona jeszcze przez Edwarda Iordanescu, ograła u siebie Pogoń Szczecin.
Był to też ostatni mecz, który Legia wygrała w ekstraklasie. Spotkanie z GKS było już 12. z rzędu w lidze, którego Warszawiacy nie potrafili zwyciężyć. To nowy, niechlubny rekord klubu. Dotychczasowy rekord wynosił 11 meczów i został ustanowiony w okresie 1966/67.
To już drugi taki rekord Legii w tym sezonie. Jesienią legioniści - wraz z meczem w Pucharze Polski i spotkaniami w Lidze Konferencji - ustanowili rekord pod względem meczów bez wygranej we wszystkich rozgrywkach.
Drużyna, która miała odzyskać mistrzostwo Polski, a wiosną ratować sezon, wciąż szura po dnie. Nie o takich rekordach marzyli przy Łazienkowskiej. Kolejną szansę na pierwszą od dawna wygraną Legia będzie miała w kolejną sobotę, kiedy podejmie Wisłę Płock. Początek meczu o 20:30, relacja na żywo na Sport.pl.

2 godzin temu














