Pięć szybkich wniosków to cykl opisujący w uproszczeniu dany mecz Lecha Poznań. Jeszcze przed przedstawieniem plusów i minusów danego spotkania, analizą gry konkretnego zawodnika czy dogrywką, prezentujemy pięć szybkich i pomeczowych wniosków. Kilkadziesiąt minut po każdym meczu na gorąco pięć spostrzeżeń na temat występu drużyny Kolejorza, poszczególnych piłkarzy czy obecnej sytuacji zespołu.
Reklama
TYPOWY POLSKI KLASYK
—
W niedzielę trenerzy zarówno Lecha, jak i Legii wystawili składy, których mniej więcej można było się spodziewać. Trener Niels Frederiksen wymienił tylko lewego pomocnika, pozostali zawodnicy zostali, choć mecz z Sunderlandem wszystkich kosztował mnóstwo sił. Od początku spotkania był to typowy polski klasyk, jakich wiele za nami. Lech grał swoją piłkę, czyli krótkimi podaniami po ziemi, za to Legia starała się od początku wysoko pressować, by zrobić to, co uczynił Sunderland trzy dni wcześniej. W 11. minucie kontuzji doznał Mikael Ishak, przez co plan poznaniaków na mecz już zaczął się sypać. W 16. minucie Lech zaskoczył Legię szansą po długim zagraniu do lewego pomocnika. Nie zmienia to jednak faktu, iż w ciągu 22 minut nikt nie oddał celnego uderzenia, a sam mecz nie porywał oglądających. Zobaczyliśmy tylko 5 strzałów, sam Lech po 25 minutach miał zaledwie 38% posiadania piłki i nie był sobą. Na dodatek krótko później Legia zaczęła stwarzać sobie sytuacje, zaczęła oddawać więcej strzałów i minimalnie zwiększyła swoje xG, przez co zaczynało choćby pachnieć trafieniem dla gospodarzy.
WIDAĆ BYŁO ZMĘCZENIE
—
W pierwszej połowie można było dostrzec duże zmęczenie naszych piłkarzy, którzy na szczęście gwałtownie nie tracili sił. Pomiędzy intensywnością Legii a Sunderlandu była przepaść. Stołeczni niby mieli optyczną przewagę, od czasu do czasu stwarzali sobie sytuacje, jednak nie byli tak szybcy w swoich działaniach jak Anglicy, którzy zmuszali naszych piłkarzy do biegania. Legia nie miała w swoich szeregach tylu mocnych fizycznie piłkarzy, tylu szybkich graczy, żeby zadusić Lecha Poznań. W 36. minucie gry rywal miał współczynnik xG wynoszący 0,36, a Lech miał 0,15. Nie istnieliśmy w ofensywie. Odcięty od podań był Patrik Wålemark (uaktywnił się dopiero pod koniec pierwszej odsłony), ciężko było także dostrzec Pablo Rodrigueza, który miał mało miejsca na murawie, przez co oddał tylko jeden groźny strzał i to z ostrego kąta. W pierwszej części Lech nie grał swojej piłki, mając przy tym niskie posiadanie, co mogło dziwić. Czy taka była taktyka? Czy może zespół po prostu słabo zagrał? A może Legia wybiła atuty poznaniaków i taktycznie była tak dobra? Z pewnością każdy ma inne zdanie.
GOL DAJĄCY SZANSĘ NA COŚ WIELKIEGO
—
Lech Poznań po zmianie stron początkowo nie był lepszy. Legia była dobrze ustawiona, a Lech kilka pokazywał, aż ta słynna filozofia zaczęła działać. Akcja zaczęta od bramkarza krótkimi podaniami dała nam gola m.in. za sprawą indywidualnego rajdu środkiem pola Patrika Wålemarka, którego nikt nie umiał zatrzymać. Dalej Leo Bengtsson znalazł podaniem Yannicka Agnero i w ten sposób Mistrz Polski objął prowadzenie. Lech wyszedł na prowadzenie w momencie, w którym nic na to nie wskazywało. Poznaniacy nie mieli optycznej przewagi ani nie grali swojej piłki. Dopiero w 57. minucie gry przeprowadzili pierwszą akcję według własnej filozofii, a trzeci celny strzał zakończył się golem. Bramka na 1:0 dała szansę na coś wielkiego w naszej sytuacji – czyli na wygraną w Warszawie, i to 3 dni po Sunderlandzie. Przy prowadzeniu 1:0 znacząco zwiększyły się szanse Kolejorza na podtrzymanie dobrej passy z Legią bez porażki, w tym tej wyjazdowej. Legia ostatni raz pokonała nas u siebie w listopadzie 2020 roku, gdy na trybunach nie było kibiców. Czekała 6 lat na domowe zwycięstwo nad Lechem, który wyjściem na prowadzenie w 57. minucie zdecydowanie zwiększył swoje szanse na przedłużenie tej i innych serii opisywanych w innych materiałach.
ZROBILI TO!
—
W 75. minucie Legia zdobyła gola w swoim stylu, czyli po wcześniejszym aucie, główkach i ogólnie dzięki skutecznej grze w powietrzu. Z przebiegu gry warszawiacy obiektywnie zasłużyli na wyrównującą bramkę, ponieważ Lech stanął. Nie było w tym nic dziwnego – poznaniacy cały czas odczuwali trudy meczu z Sunderlandem oraz trwającego maratonu gier co 3–4 dni. Mieli jednak trochę szczęścia w końcówce, przebłysk jakości rezerwowych czy świetnie dysponowanego Mateusza Lisa, który stawał na wysokości zadania zarówno przy stanie 1:0, 1:1, jak i 2:1 dla Kolejorza. Warto zwrócić uwagę, iż druga bramka dla Lecha także padła dzięki mitycznej filozofii, która pozwoliła przeprowadzić jedyne dwie akcje przez cały mecz w tym słynnym stylu – i obie zakończyły się trafieniami. Na dodatek gola na 2:1 wypracowali rezerwowi, w tym Luis Palma, który wcześniej dał 3 punkty w sierpniowej potyczce w Łodzi. Dziś wszystkie najważniejsze statystyki, na które patrzą kibice czy dziennikarze, stały po stronie gospodarzy, ale to goście byli skuteczniejsi, sprytniejsi, mieli bramkarza, trochę więcej szczęścia i na końcu to Lech Poznań zgarnął pełną pulę. Lech Poznań wygrał mecz, przed którym wielu kibiców obawiało się straty punktów. Byliśmy po trudnej przeprawie z Anglikami, cały czas są kontuzje, znów nie było Roberta Gumnego, było zmęczenie, a Legia Warszawa była w formie i cały tydzień przygotowywała się do stricte pod to starcie, które ją upokorzyło. Wiosną mistrz Polski przerwał passę 10 ligowych gier warszawiaków bez porażki, a dzisiaj zakończył jeszcze dłuższą serię bez przegranej – 15 meczów. Aktualnie Lech to lider z pięciopunktową przewagą nad Legią, która na dodatek ma mecz więcej.
JESZCZE CZTERY MECZE DO CHWILI ODDECHU
—
Nie ma co ukrywać, iż wszyscy śledzimy czy opisujemy najprawdopodobniej najlepszego Lecha Poznań w historii, a Ekstraklasie już na pewno (nigdy nie miał bilansu 9-1-1 w pierwszych 12 kolejkach). Pomimo kontuzji ten zespół jakoś sobie radzi, a już tym bardziej mentalnie. Dziś drużyna wygrała serduchem i przebłyskiem indywidualności. Zdobyła 3 punkty w meczu, przed którym ciężko miało być choćby o remis, a ewentualna porażka w stolicy po 6 latach w obecnej sytuacji nie byłaby czymś zaskakującym. Tymczasem Lech Poznań wygrał, dosłownie wygrał z Legią Warszawa na jej terenie, popsuł wszystkie jej dobre passy, a sam kontynuuje dobre serie z tym rywalem. Do tego został liderem Ekstraklasy, pokazując kolejny raz całej Polsce, kto jest mistrzem i kto na dziś jest głównym kandydatem do zdobycia trzeciego z rzędu tytułu. Minusem jest oczywiście uraz Mikaela Ishaka, przez który nasza coraz węższa kadra wciąż się sypie. Cóż, trzeba zacisnąć zęby i wierzyć, iż do przerwy na kadrę, czyli w najbliższych 4 meczach, już nikt nie złapie kontuzji. Przed Lechem ciężki czas, gdyż gramy teraz w środę, a później w sobotę. Przez to zespół nie wrócił do Poznania, tylko po celebracji 3 punktów w szatni wsiadł do autokaru i udał się w kierunku Woli Chorzelowskiej na mini-obóz. Kolejnym wyzwaniem jest trzecioligowiec, który w środę o 12:30 zechce powalczyć z nami tak, jak niedawno Lech powalczył z Sunderlandem. Przemeblowany skład Kolejorza ma za zadanie wybić Siarce z głowy awans – i to najlepiej jak najszybciej.
28.10, Siarka Tarnobrzeg – Lech Poznań (12:30)
31.10, Lech Poznań – Wisła Kraków (17:30)
05.11, Benfica Lizbona – Lech Poznań (21:00)
08.11, Lech Poznań – Zagłębie Lubin (20:15)
Śmietnik Kibica – (komentuj nie na temat)

![Barcelona Hansiego Flicka ma wadę fabryczną, chyba nienaprawialną [OPINIA]](https://sf-administracja.wphcdn.cloud/storage2/featured_original/6ade8a622da708_64380673.jpg)











