Pięć szybkich wniosków to cykl opisujący w uproszczeniu dany mecz Lecha Poznań. Jeszcze przed przedstawieniem plusów i minusów danego spotkania, analizą gry konkretnego zawodnika czy dogrywką, prezentujemy pięć szybkich i pomeczowych wniosków. Kilkadziesiąt minut po każdym meczu na gorąco pięć spostrzeżeń na temat występu drużyny Kolejorza, poszczególnych piłkarzy czy obecnej sytuacji zespołu.
Reklama
ŹLE OD SAMEGO POCZĄTKU
—
Lech Poznań wyszedł na mecz z Bayerem Leverkusen z eksperymentalnym środkiem pola na pozycjach 6–8 i z Luisem Palmą na dziesiątce, co zwiastowało problemy, ponieważ nigdy wcześniej nie graliśmy w takim zestawieniu personalnym. Od samego początku Niemcy atakowali, prowadzili grę, stosowali atak pozycyjny i gwałtownie oddali trzy strzały, w tym jeden celny. Lechici gwałtownie sami zaczęli stwarzać sobie problemy. Już na początku spotkania z Niemcami stratę zaliczył Joel Pereira, po którego błędzie mieliśmy trochę szczęścia. W pierwszych 10 minutach poznaniacy nie stracili gola, co już było plusem. Niestety w 13. minucie stało się coś, czego wszyscy się obawiali. Posypał się nam kolejny istotny zawodnik, którym był Wojciech Mońka. najważniejszy gracz w defensywie musiał opuścić boisko ze względu na uraz mięśnia, a zachowanie czystego konta w takiej sytuacji i z duetem stoperów Mateusz Skrzypczak & Terry Yegbe było mało prawdopodobne.
CO LECH CHCIAŁ GRAĆ?
—
Kolejny pucharowy mecz za kadencji Nielsa Frederiksena wyglądał podobnie. Już wczoraj trener mówił o mitycznej filozofii, o tym, iż będziemy grać w piłkę tak samo, i faktycznie graliśmy. Nic więc dziwnego, iż powtórzyła się Crvena zvezda Belgrad, Genk, Szachtar, Aarhus i niebawem znów ktoś nas zleje. Niels Frederiksen nigdy nie był orłem w Europie. Pokazał już to w Brøndby, a trenując w Lechu, nie pokonał ani nie wyeliminował nikogo konkretnego, dlatego ludzie tracą wiarę w przeżycie niezapomnianych spotkań w Europie, które wciąż siedzą w pamięci kibiców. Dziś ci sam kibice, m.in. na III trybunie, zaczęli opuszczać stadion już po 70. minucie gry, a przed 90. minutą na „trójce” było mnóstwo wolnych miejsc, co było najlepszym podsumowaniem pucharowego Lecha Poznań za kadencji Nielsa Frederiksena. Gramy „swoją filozofią”, czyli gramy naiwną, juniorską piłkę z wyżej notowanymi przeciwnikami, którzy po prostu nas ośmieszają. Lech regularnie ma wysoko ustawioną obron, dodatkowo dziś nie wypalił środek pola, a sami zawodnicy również sprawiali wrażenie, jakby poddali się już po stracie bramki na 0:1. Na szczęście Bayer Leverkusen w drugiej połowie nie docisnął gazu, po 30 minutach widział, kim ma do czynienia, dlatego nam odpuścił. To uratowało nas przed pogromem, czyli batami od zespołu, który przecież nie wystąpił w najsilniejszym składzie. Mało? Bayer Leverkusen wyszedł na nas bez klasycznej „dziewiątki” (Schick wszedł dopiero po urazie innego piłkarza).
MOGŁO BYĆ ZNACZNIE WYŻEJ
—
Mateusz Lis był jednym z bohaterów meczu z Bayerem, choć puścił 4 gole. Gdyby nie interwencje Lisa choćby w końcówce, to Lech zebrałby dziś baty i tak naprawdę może być zadowolony z porażki raptem 0:4. Obiektywnie Bayer był kilka klas lepszy, bawił się z nami z naiwną drużyną juniorów, która od stanu 0:2 błagała o koniec meczu. Przeciwnik oddał dzisiaj aż 22 strzały, w tym 10 celnych i uwaga! Wykręcił świetny współczynnik xG wynoszący aż 5,16. Tym samym „Aptekarze” powinni zdobyć więcej bramek i na nasze szczęście gwałtownie połapali się, z kim grają. Przed tym spotkaniem sytuacja kadrowa Kolejorza nie była dobra, teraz pozostało gorsza, jednak zawsze była nadzieja, iż ktoś nas zlekceważy przed meczem, nie zagra w optymalnym składzie (Bayer nie zagrał), nie będzie wykazywał się determinacją czy będzie miał słabszy dzień. Nic z tych rzeczy. Czerwono-czarni łatwo wypunktowali naiwnego taktycznie, bezzębnego Lecha, który paroma podaniami tylko napędzał ataki Bayeru. Ten mecz pokazał, jak daleko jest nam sportowo, fizycznie, mentalnie oraz taktycznie do tego typu drużyn. Po prostu nie nadajemy się do gry z Bayerem Leverkusen, na dziś nie nadajemy się także do Ligi Europy.
CO MY W OGÓLE ROBIMY?
—
Za nami bardzo przykry wieczór. Ponad 40 tysięcy ludzi na stadionie wierzyło po cichu w powtórkę z Juventusu, Manchesteru, Salzburga, Villarrealu, Fiorentiny czy choćby Standardu, a dostało tzw. „mokrą szmatą”, po 30 minutach było już wyprutych z emocji i mogło do siebie powiedzieć: „wiedziałem, iż tak będzie”. Wielu kibiców od dawna trąbiło o konieczności chociaż wzmocnienia rywalizacji na poszczególnych pozycjach, pisało o tej obronie i wykrakało. Dziś zostaliśmy z jednym lewym i prawym obrońcą oraz z dwoma stoperami w postaci popularnego „Mati Skrzypy” oraz Terry’ego Yegbe, który chyba sam przejadł te 3 mln euro, które na niego wydano. Nie ma choćby Roberta Gumnego, który miał zagrać na każdej pozycji w defensywie. W skrócie: jesteśmy w tzw. du*** przed 15 meczami w dniach 18 października – 17 grudnia, w tym przed kolejnymi spotkaniami 18, 22, 25, 28 i 31 października oraz dalej – 5 i 8 listopada. „Gratulacje” dla wszystkich osób, które po pewnym zarobku z Ligi Europy w wysokości ponad 9 mln euro wdrożyły hasło: „zaryzykujemy, nikogo więcej nie bierzemy, może się uda”. Oczywiście nie udało się. Jakoś nas to nie dziwi i wielu kibiców pewnie tak samo. Zostały popełnione te same błędy, co m.in. 6 lat temu po awansie do Ligi Europy. Brakuje teraz tylko hasła typu: „nikt nie mógł przewidzieć tych kontuzji” czy „kontuzje w piłce się zdarzają”. Akurat to prawda, tylko Lech Poznań nie zrobił nic, żeby zabezpieczyć się w obronie, dlatego Niels Frederiksen musi już siłą szukać juniorów w przeciętnej drużynie grupy 2 III-ligi albo tej ze strefy spadkowej CLJ, aby ktoś sztucznie rywalizował poddczas zajęć.
MECZ Z KORONĄ TEGO NIE ZATRZE
—
Przykre. Tyle klubów od 2024 roku umiało się postawić w fazie ligowej Ligi Europy, sprawić niespodziankę, ale znów nie był to Mistrz Polski. W tej edycji też są niespodzianki – dziś Torreense z końca tabeli II ligi portugalskiej umiało się postawić Sunderlandowi, tylko oczywiście Lech Poznań znów zebrał baty 0:4. O ile wynik z Crystal Palace faktycznie był trochę za wysoki, tak dziś możemy się cieszyć jedynie z takiej porażki. Szkoda, ponieważ za nami 2 z 8 kolejek Ligi Europy, które dostarczyły kibicom wyłącznie negatywnych emocji, gwałtownie sprowadzając ich na ziemię. Lech Poznań nie pasuje do Ligi Europy na najważniejszych polach: nie zarabia pieniędzy, nie pisze pucharowej historii i nie podnosi klubowego współczynnika UEFA. Ewentualna wygrana nad Koroną oczywiście nie zmaże tego, co dziś wydarzyło się przy Bułgarskiej. Nieudany mecz w Lidze Europy może zatrzeć tylko kolejne spotkanie w fazie ligowej, który rozegramy już za tydzień o 18:45 z Sunderlandem. Realnie gra z tym zespołem to nasza jedyna szansa na pucharowe punkty w najbliższym czasie, gdyż Anglicy wystawią na Kolejorza rezerwowy skład, a po zdobyciu 6 oczek w 2 kolejkach mają komfortową sytuację. Z Benfiką czy z bardzo mocnym w tym sezonie Unionem SG już tak łatwo nie będzie.
Autor zdjęć: Dawid Ćmielewski
Stadion podczas Lech Poznań – Bayer Leverkusen (15.10.2026)
Śmietnik Kibica – (komentuj nie na temat)














