Jeszcze kilka lat temu biegała z Ewą Swobodą, a teraz będzie reprezentowała Polskę na zimowych igrzyskach olimpijskich. Niespełna 27-letnia Klaudia Adamek to pierwsza osoba w historii polskiego sportu, która zakwalifikowała się zarówno na igrzyska letnie, jak i zimowe. W 2021 roku w Tokio była dziesiąta w sztafecie 4x100 m. Teraz w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo wystąpi w naszej bobslejowej dwójce. Mimo iż do bobsleja pierwszy raz w życiu wsiadła zaledwie nieco ponad rok temu!
REKLAMA
Zobacz wideo Małysz o konflikcie z Piesiewiczem: Zachowaliśmy się jak małe dzieci
Łukasz Jachimiak: W maju 2021 roku widzieliśmy się na mistrzostwach świata lekkoatletycznych sztafet w Chorzowie. Pamiętam, jak w 15 czy 20 minut zdobyłaś z koleżankami złoty i srebrny medal, a ja się zastanawiałem, czy jako dopiero 22-letnia sprinterka właśnie rozpędzasz się do wielkiej kariery. W życiu bym nie pomyślał, iż niecałe pięć lat później będziesz pierwszą w historii polskiego sportu osobą, która po występie na letnich igrzyskach olimpijskich zakwalifikuje się też na zimowe igrzyska.
Klaudia Adamek: Ha ha, no faktycznie – w tamtym momencie nikt by nie wymyślił czegoś takiego! Wtedy, z tymi medalami i chwilę przed wyjazdem na igrzyska do Tokio, w życiu bym nie uwierzyła, iż zmienię dyscyplinę na jakąkolwiek, a co dopiero na taką.
Jak więc do tego doszło? Co cię przekonało? Bo z całym szacunkiem dla bobslejów, które są fajnym sportem, to jednak zamieniłaś wielki sport na dużo mniejszy.
- Oczywiście, iż różnica między lekkoatletyką a bobslejami jest ogromna. Nie ulega wątpliwości, iż lekkoatletyka jest bardzo medialna, a bobsleje nie są.
Te różnice widać zwłaszcza u nas. Tacy Niemcy pewnie mają trochę inne spojrzenie, bo oni w bobslejach dominują, przywożą mnóstwo medali z igrzysk, więc u siebie w kraju na pewno są znani. Natomiast wy choćby nie macie w Polsce toru.
- No nie, nie mamy toru, nie ma też nas w mediach. Jak ja się na te bobsleje zdecydowałam? Trochę dla samej siebie znienacka. Trener kadry bobslejowej do mnie wydzwaniał. Nie znaliśmy się, ale czasami widywał mnie na zawodach lekkoatletycznych. Najpierw mi czasem tylko coś o bobslejach napomykał, a w końcu wręcz mnie nagabywał. Oczywiście trochę żartuję, ale naprawdę nie ustępował, wymyślił, iż to by wypaliło i nie ustępował. W końcu trafił na taki moment, gdy byłam po nieudanym sezonie halowym, czułam się już bardzo tym wszystkim zmęczona, zniechęcona, iż nie mam wyników, jakich oczekiwałam i też zmęczona środowiskiem lekkoatletycznym. Wtedy pomyślałam, iż może warto tego trenera posłuchać. Decyzja była trudna, rozmawiałam o tym z moją panią psycholog, z którą współpracowałam, radziłam się też przyjaciółki i po przemyśleniu wszystkiego uznałam, iż zmieniam nie tylko dyscyplinę, ale też zmieniam całe życie. I zawodowe, i prywatne.
Który to był rok?
- Igrzyska w Paryżu były w 2024 roku?
Zgadza się.
- To ja podjęłam decyzję, iż odchodzę do innego sportu w marcu 2024 roku. A w maju 2024 roku już byłam na pierwszym obozie kadrowym u bobsleistów.
"Już"? Maj 2024 był zaledwie nieco ponad półtora roku temu. Jak to możliwe, iż w rok i siedem miesięcy od wejścia do nowego sportu wywalczyłaś awans na igrzyska olimpijskie? Wiem, iż jesteś sprinterką, ale to jest jakiś rekord wręcz nie do uwierzenia! Przecież generalnie sportowcy długimi latami muszą pracować w swoich dyscyplinach na taki poziom, żeby pojechać na igrzyska.
- Na pewno bardzo się przydał mój fundament z lekkoatletyki. I już spore doświadczenie z niej. No i – szczerze mówiąc – pomogło też to, co w lekkoatletyce wpędzało mnie w kompleksy.
Co masz na myśli?
- Sprinterką byłam średnią może między innymi przez moje warunki fizyczne. Jestem wysoka, silna, szybka, ale i trochę mocniej zbudowana. W bobslejach to jest najlepsza kombinacja, najbardziej pożądana. Myślę, iż idealne warunki i 13 lat treningów lekkoatletycznych, to jest na tyle dobra baza, iż właśnie dzięki niej w tylko nieco ponad półtora roku zakwalifikowałam się na igrzyska. Trzeba też dodać i mocno podkreślić, iż Linda Weiszewski, z którą tworzę dwójkę, jest świetną pilotką. Coraz bardziej doświadczoną, coraz lepszą. Idealnie trafiłam.
Czy ten trener, który - jak żartobliwie powiedziałaś - cię nagabywał w sprawie zmiany dyscypliny, podawał ci przykład Lolo Jones, czyli amerykańskiej sprinterki, która lata temu bieżnię zamieniła na lodową rynnę i też po igrzyskach letnich pojechała na zimowe?
- Bardzo możliwe, iż ta historia go zainspirowała, ale o tym mi nie mówił. Tylko cały czas przekonywał, iż taka rozpychająca jak ja, z takimi warunkami, z taką szybkością i siłą, bardzo by się w kadrze przydała. Wcześniej Linda takiej rozpychającej nie miała. Trener znał mnie z lekkoatletyki, rozmawiał też o mnie z innymi trenerami i był pewny, iż warto mnie namówić na zmianę. No i pół roku chodzenia za mną i wydzwaniania do mnie, w końcu dało efekt.
Przedstawmy może tego trenera – zdecydowanie zasłużył.
- Jasne! To Ryszard Sadkowski, trener z bobslejowej kadry B, który ma też zawodników w lekkoatletyce. Dziś jestem mu bardzo wdzięczna za to, iż się nie poddał, iż nie odpuścił po pierwszym telefonie. Zdecydowanie mógł. Możliwe, iż gdyby tak zrobił, to teraz już by mnie nie było w sporcie. Pewnie z lekkoatletyki i tak bym odeszła, a nie mając bobslejów, skupiłabym się na służbie w wojsku i na zwykłym, codziennym życiu. Na szczęście najwyraźniej los chciał inaczej i dlatego na mojej drodze znalazł się ten uparty człowiek. Przyznam, iż w pewnym momencie myślałam o nim, iż jest wręcz natarczywy, ale dziś widzę, iż dzięki niemu odżyłam w sporcie i generalnie w życiu, co widzą choćby moim najbliżsi, zwłaszcza mama i babcia. Jestem bardzo szczęśliwa!
Doszliśmy do momentu, gdy w końcu zgodziłaś się sprawdzić, czy trener Ryszard Sadkowski ma chociaż trochę racji, przekonując, iż jesteś stworzona na bobsleistkę. I co się działo dalej?
- Na początku będąc w kadrze bobsleistów trenowałam choćby nie na jego planach, tylko na planach trenera Lewandowskiego z lekkoatletyki. Ale niedługo do naszej kadry dołączył trener Dawid Kupczyk i dzięki niemu dostałam takich bodźców treningowych, które spowodowały, iż jestem na sto procent silniejsza, bardziej dynamiczna i skoczna niż byłam w lekkoatletyce. Mówię to z czystym sercem i sumieniem. Jako sprinterka nie potrafiłam przeskoczyć pięciu płotków jeden po drugim, a teraz śmigam pięć płotków na coraz większych wysokościach każdy i to jeszcze z różnym rozstawem. Dzięki trenerowi Kupczykowi dziś rozpychanie naszej dwójki jest na naprawdę bardzo dobrym poziomie.
Dobrze pamiętam, iż Dawid Kupczyk to aż pięciokrotny olimpijczyk?
- Zgadza się, był w bobsleju pilotem, ma wielkie doświadczenie i ma też wspaniałą historię rodzinną. Jego tata przez lata był jednym z najlepszych w Polsce biegaczy na 800 metrów. choćby nie wiem, czy nie był rekordzistą kraju. Z opowieści, jakich słuchałam, wiem, iż był też trenerem hokejowym w Kanadzie. Ta rodzina to jest świetny sportowy team. Fajnie jest z nimi współpracować, uczyć się od nich.
Poopowiadaj proszę o początkach tej nauki. Był maj 2024 roku, pierwszy raz weszłaś do lodowej rynny i co się działo? Nie bałaś się biec po lodzie i pchać bobslej? Nie wydawało ci się, iż upadniesz i się porozbijasz? Albo iż nie zdążysz wskoczyć do środka?
- Do prawdziwego bobsleja to ja wsiadłam dopiero we wrześniu, na zgrupowaniu w Lillehammer. Wcześniej uczyłam się wszystkiego na ścieżce, na której technikę wypychania bobsleja poznają młodzi zawodnicy. Tam się ćwiczy, żeby technika była jak najlepsza i żeby też generować jak największą moc. Czyli najpierw po decyzji, iż idę w bobsleje, przez trzy miesiące jeździłam sobie na typowe obozy lekkoatletyczne i dopiero jak trenerem kadry A został Dawid Kupczyk, weszliśmy na tę ścieżkę, na trenażer. Popatrzyłam, poanalizowałam, jak inni to robią i w końcu powiedziałam "Dobra, spróbujmy". Linda mi doradziła, żebym najpierw zrobiła trzy kroki, przejechała się, wróciła i żebym w każdej kolejnej próbie szła tylko o krok dalej. Posłuchałam, bo techniki tak od razu nie miałam wybitnej. Ale podobno najgorzej mi też nie szło, podobno gwałtownie załapałam. Zaczęłyśmy więc ćwiczyć z Lindą wskakiwanie i zgrywanie się po starcie. A pierwszy raz wsiadłam do bobsleja we wrześniu w Norwegii. I to nie z Lindą, tylko z trenerem Kupczykiem.
Zanim opowiesz o tym pierwszym razie, zatrzymajmy się jeszcze na ścieżce. Czy chociaż ją macie w Polsce?
- Tak, toru w kraju nie mamy, ale ta ścieżka jest u nas, w Centralnym Ośrodku Sportu w Cetniewie. Jest całoroczna, rozstawiona zaraz za halą.
Co pchasz na tej ścieżce? Specjalny wózek?
- Coś mniej więcej takiego. Wkładamy do tego trenażera obciążenia, żeby oddać wagę bobsleja.
Ale tam i tak jest inaczej, bo na ścieżce jest tartan. A tartan i lód to całkiem inne powierzchnie. Na ścieżce biegamy w kolcach lekkoatletycznych, a w rynnie oczywiście mamy kolce na lód. Tych kolców na lód byłam bardzo interesująca i przed Lillehammer pytałam Lindy i innych zawodników, co będzie, jeżeli na lodzie stanę na pięcie. Na tartanie nie ma możliwości takiego poślizgnięcia się, jak na lodzie. Kolce na lód wyglądają tak samo, jak kolce do lekkoatletyki, ale pięta w tych na lód jest gładka. I już poczułam, jak to jest poślizgnąć się na pięcie. gwałtownie zrozumiałam, czego nie robić, ha, ha!
Mocno sobie obiłaś siedzenie?
- Przy tych pierwszych upadkach nie aż tak bardzo, chociaż przyznam się, iż w Lillehammer wymyśliliśmy sobie takie troszeczkę głupie zabawy. Była tam z nami taka pilotka, która się uczyła jeździć. Siedziała w bobsleju i trzeba ją było wypchnąć. Postanowiliśmy sobie z chłopakami urządzić zawody, kto ją najszybciej wypchnie. No i w trakcie tych naszych głupich zawodów, nie mając jeszcze żadnego doświadczenia, stanęłam na pięcie, poślizgnęłam się, upadłam i zjechałam kawałek na pupie, zanim się na szczęście złapałam takiej rury, która była z boku na prostej startowej. Całe szczęście, iż nie spadłam w dół toru. To się działo we wrześniu 2024 roku, a w grudniu na Pucharze Świata w Altenbergu przeżyłam pierwszy wypadek. Jak tam przyjechałyśmy, to Linda podkreślała, żebyśmy biegły wolno, spokojnie i żebyśmy się mocno trzymały. Bo sama też była tam po raz pierwszy. Zaczęłam choćby dopytywać chłopaków z kadry, jak to wygląda w momencie wypadku, co robią, wręcz poprosiłam ich o instrukcję.
I ten kurs BHP się przydał.
- I to bardzo! W czasie wypadku tak naprawdę nic nie możesz zrobić, nie masz w ogóle jakiejkolwiek możliwości zareagowania. Po prostu trzeba się wtedy mocno trzymać, żeby utrzymać ciało w środku, bo działa taka siła, która wypycha zawodników. W pewnym momencie poczułam, iż barkami, plecami, a w końcu i pośladkiem trę o lód. Żeby chronić ciało od poparzeń, zaczęłam pchać o tor kaskiem. Skończyło się na krzyku i delikatnych otarciach. Jak zdjęłam kombinezon, to aż się zdziwiłam, iż mam tylko zaczerwienienia na barkach i na prawym udzie. Summa summarum dużo bardziej poobijana byłam po wielu treningach. Często siniaków miałam tyle, iż jak wracałam do domu i babcia mnie widziała, to prosiła: "O Boże, dziecko, weź ty rzuć ten sport!".
A Ty na to "Babciu, ale przecież sport to zdrowie"?
- Mam inne powiedzenie: sport to zdrowie, ale utracone.
Na pewno wielu wyczynowców by się pod tym podpisało.
- Ale żeby nie było: ja tylko żartuję. Babcia wie, mama wie, świętej pamięci dziadek też wiedział, iż jak coś mówię, to prędzej czy później to się stanie, iż jak coś postanawiam, to to osiągam. Tak było choćby z moim pierwszym tatuażem. Jak powiedziałam, iż idę zrobić tatuaż, to babcia mówiła "Nie", mama mówiła "Nie, nie, nie", a ja już po dwóch tygodniach ten tatuaż miałam. I tylko go jakiś czas ukrywałam, bo się bałam reakcji. Dziś, po latach, najbliżsi już ze mną nie walczą, bo wiedzą, iż to nic nie da.
Masz jakiś olimpijski tatuaż z okazji startu na igrzyskach w Tokio?
- Tak. Jak zaczynałam przygodę z tatuażami, to moim pierwszym była linia życia i w środku był biegnący człowiek. adekwatnie kontur biegnącego człowieka. Po igrzyskach w Tokio właśnie w ten mój pierwszy tatuaż tatuażysta wpisał mi pięć olimpijskich kół.
Masz obok tego tatuażu miejsce na tatuaż na przykład bobsleja z kolejnymi kołami olimpijskimi?
- Tak, już mam plan na drugi olimpijski tatuaż. Generalnie tatuaże mają dla mnie bardzo duże znaczenie. Ten, o którym opowiedziałam, mam po lewej stronie, na żebrach. A na tej samej wysokości na żebrach z prawej strony planuję sobie zrobić koła olimpijskie z delikatnym zarysem bobsleja. Ten nowy tatuaż sprawi, iż będę miała stworzoną na ciele historię, która się w moim życiu wydarzyła i jest dla mnie ważna.
Jakie prędkości rozwija wasz bobslej?
- Maksymalnie 140-145 km/h. To zależy od toru.
Raz jechałem bobsjelem turystycznym, prędkość delikatnie przekraczała 100 km/h i później czułem napięcie w szyi. Jak ty na początku reagowałaś na te wszystkie przeciążenia?
- Pierwszy obóz, ten w Lillehammer, był dla mnie bardzo ciężki. Myślałam, iż mój organizm może bardzo dużo wytrzymać, a wtedy się przekonałam, iż niekoniecznie. Posiniaczone ciało choćby mnie aż tak nie bolało, ale byłam tak zmęczona fizycznie, iż ciągle spałam. Przesypiałam całe noce i jeszcze spałam po każdym treningu. Padałam od razu, choćby nie miałam ochoty jeść. Spałam non stop. Jak już wracaliśmy i jechaliśmy busem na prom, to przespałam całą ośmiogodzinną podróż. Nie byłam w stanie normalnie funkcjonować.
A prędkości się bałaś? Musiałaś się z nią oswajać? Jak w ogóle wspominasz pierwszy raz? Wypchnęłaś ten wasz bobslej, wskoczyłaś do środka i co – krzyczałaś ze strachu? Modliłaś się?
- Na szczęście nie miałam czasu, żeby się tego pierwszego razu wystraszyć. Niby wiedziałam, iż mój pierwszy zjazd się zbliża, czułam, iż tak naprawdę nie mogę się doczekać, ale zdziwiłam się, jak to wszystko się potoczyło. Mieliśmy wykupione treningi, a pilot naszej kadry, z którym miałam zjechać pierwszy raz, był chory. I nagle trener powiedział, iż on ze mną pojedzie. Kiedyś był pilotem, więc gwałtownie sobie poustawiał sterowanie, siedzonko i te wszystkie rzeczy, które dają komfort prowadzenia, co w sumie zajęło mu nie więcej niż 20 minut. To było tyle, iż akurat miałam czas, żeby się rozgrzać. Jak powiedział: "Dobra, rozgrzewaj się, ubieraj się i pojedziemy", to wszystko już się potoczyło bardzo szybko. Miałam czas tylko wypełnić polecenie, nie było jak rozmyślać o lęku, analizować, co to się będzie działo. Rozgrzałam się, założyłam kewlar, który chroni od oparzeń, włożyłam strój treningowy, kask, rękawiczki, kolce i ruszyliśmy z trenerem. No i wtedy się zaczęło! Jak nas wypchnęłam i wskoczyłam do bobsleja, to tak mocno się trzymałam, bo nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, iż jak później miałam hamować, to ręce miałam tak spompowane, iż nie byłam w stanie zatrzymać naszego bobsleja! kilka brakowało, a wyrzuciłoby nas z toru. Ten mój pierwszy przejazd w życiu stał się w naszej kadrze legendarny, ha, ha!
Jak adekwatnie hamujesz? Co musisz wtedy zrobić? I na czym polega całe twoje zadanie? Najpierw jak najmocniej rozpędzasz bobslej, następnie do niego wskakujesz i później jeszcze twoją robotą jest wyhamowanie po przejeździe, tak?
- Zawsze dostaję od Lindy sygnał, iż już mam hamować. Ona mnie po prostu klepie wtedy w kask. Teraz już by nie musiała, bo już sama się orientuję, kiedy mam zacząć hamowanie. Natomiast trener w tym moim pierwszym zjeździe za późno dał mi znać, iż mam hamować. I, jak mówiłam, miałam też bardzo słabe ręce przez to, iż się kurczowo trzymałam przez cały przejazd. Hamowanie polega na tym, iż się mocno zabiera do siebie takie dwie rączki i dzięki temu z bobsleja wychodzi hamulec, który jest schowany, dopóki się nie popracuje tymi rączkami. Do moich zadań poza wypchnięciem nas i wyhamowaniem należy też bardzo dużo rzeczy, których nie widać. To ja muszę dbać o bobslej. Linda jeździ też monobobem, więc do naszej dwójki to ja szlifuję płozy, dokręcam przeróżne śrubki, cały czas dbam o to, żeby bobslej był w dobrym stanie. Kibice często mówią: „A ty to masz luz, bo tylko biegniesz, wsiadasz, hamujesz i nie ma stresu", a nikt nie wie, jak wygląda ta cała otoczka wokół, której nikt nie pokazuje, bo ta otoczka jest nudna. Moja praca w bobslejach jest naprawdę ciężka, porównując z tym, co miałam w lekkoatletyce. Lekkoatletyka przy bobslejach to były wakacje.
Jako lekkoatletka poleciałaś na igrzyska pandemiczne, smutne, całkowicie zamknięte dla kibiców. Duże znaczenie ma dla ciebie, iż teraz będzie inaczej?
- Bardzo duże! Nie mogę się doczekać, bo igrzyska w Tokio były rygorystyczne, pandemia odbierała euforia z uczestniczenia w sportowym święcie. Teraz chcę zobaczyć, jak wyglądają normalne igrzyska, chcę się nimi cieszyć. Jestem też bardzo ciekawa, o ile zimowe igrzyska różnią się od letnich. Nigdy się nie spodziewałam, iż pojadę na zimowe igrzyska. Od zawsze marzyłam o igrzyskach, ale letnich. Jak już spełniłam to marzenie, to choćby mi przez myśl nie przeszło, iż zostanę pierwszą osobą w polskim sporcie, która pojedzie na igrzyska letnie i zimowe. I tak naprawdę trochę w to jeszcze nie wierzę, mimo iż to się już za chwilę stanie. Mój narzeczony się ze mnie śmieje, iż chyba dotrze do mnie, iż jadę na te igrzyska dopiero wtedy, gdy na nie faktycznie wyruszę z domu.
Jedziesz na igrzyska jako debiutantka, więc pewnie nie marzysz od razu o miejscu w top 8? Z drugiej strony bez niego nie będziesz miała stypendium z ministerstwa sportu, a chyba się nie mylę, myśląc, iż bez takiego stypendium z bycia w bobslejowej kadrze nie da się wyżyć?
- Po igrzyskach w Tokio rozpoczęłam pracę w wojsku. Najpierw byłam w wojskowej jednostce sportowej, ale przez brak odpowiednich wyników i brak możliwości wypełnienia wszystkich wymagań oczekiwanych ode mnie na tamten moment, musiałam zmienić jednostkę. Zaczynając treningi w kadrze bobslejowej, zaczęłam też normalnie chodzić do pracy w wojsku. Na cały etat, codziennie od godziny 6.40 do 15.30. A czasem były służby 24-godzinne. Łączyłam to z bobslejami, chociaż na samym początku mówiłam sobie, iż to się nie uda, iż to będzie katorga, iż to nie ma racji bytu. Ale jednak przetrwałam i dziś wiem, iż tak się musiało stać.
Wiadomo, iż w Polsce w bobslejach nie ma pieniędzy. To jest niszowy sport. Pierwsze stypendium sportowe dostałam w bobslejach po roku, za brązowy medal mistrzostw świata juniorów. Bo w ogóle ja się odmłodziłam, przechodząc do bobslejów! Tutaj juniorem jest się aż do 26. roku życia. Fajnie, iż zdobyłyśmy ten medal, iż dostałyśmy za niego stypendium, ale ono nie było wysokie. Dlatego podkreślam, iż kariera dwutorowa i modne dziś mówienie, żeby młodzi ludzie od razu myśleli o tym, co będą robić po sporcie, to jest świetna inicjatywa. Wiem po sobie, iż gdyby nie wojsko, to zostałabym bez niczego. Może trochę bym się pobawiła w sport, ale bez stabilizacji finansowej to by się nie mogło udać. o ile sportowiec ma spokój w głowie, jeżeli chodzi o życie prywatne, jeżeli ma komfort, iż nie musi się martwić, jak i za co przeżyje, to ma klucz do sukcesu, to wtedy może myśleć o treningu, o rozwijaniu się, o wyniku. Na własnej skórze się przekonałam, jak kruchy może być sport. Kiedyś miałam sponsora, ale straciłam go od razu, jak tylko przeszłam z lekkoatletyki do bobslejów. choćby nie było rozmowy, po prostu umowa ze mną została zerwana.
A co do celu na igrzyska, to top 8 byłoby dla nas czymś bardzo dużym i bardzo byśmy chciały takie miejsce wywalczyć. Łatwo nie będzie, zwłaszcza iż w porównaniu z resztą stawki mamy słaby sprzęt. Wiem, iż prezes i jego zastępca bardzo mocno działają i się starają. Mamy dzięki nim trzy komplety nowych płóz, ale nie ma opcji, żebyśmy uzyskali taki sprzęt, jaki mają najlepsi, zwłaszcza Niemcy. Kiedyś choćby zaproponowałam trenerowi, żebyśmy poszukali jakiegoś bogatego sponsora, który jest zajarany sportem, żeby prywatnie kupił dla nas taki bobslej, jakie mają Niemcy, żeby nie ujawniał, iż to dla polskiej kadry. Ale nie ma takiej opcji, po prostu sprzęt produkowany dla niemieckiej reprezentacji jest zupełnie niedostępny. Szkoda, iż technologicznie tak odstajemy. Z tego, co wiem, po igrzyskach mają się zmienić przepisy i wszystkie bobsleje dla każdej reprezentacji mają być takie same, od jednej firmy. Ale zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na razie jest, jak jest i w takiej rzeczywistości trzeba walczyć.

2 godzin temu











