Igrzyska w Polsce. Czy warto walczyć o ich organizację?

1 godzina temu

Pod kątem finansowym igrzyska olimpijskie… niekoniecznie się opłacają. Trudno jednak przeliczyć na pieniądze ich wpływ marketingowy, a także to, jak oddziałują na cały kraj. Z igrzyskami wiąże się poprawa infrastruktury, napływ turystów, reklama, a choćby możliwość zapisania się w historii. To wszystko ma ogromne znaczenie. Stąd o organizację tej imprezy walczą w wielu krajach. Czy w przypadku Polski taka walka ma jednak sens? Jak mogłyby wyglądać nasze igrzyska? I dlaczego Warszawa musiałaby bardzo się zmienić, by je zorganizować?

Igrzyska olimpijskie w Polsce. Mrzonka czy pomysł, o który warto walczyć?

Wielu z nas pamięta dobrze i Euro 2012, i wcześniejszą euforia wynikającą z faktu, iż Polsce przyznano prawo organizacji tej imprezy. Pamiętać można też towarzyszące jej inwestycje, które wówczas poczyniono (choć wiele z nich wykańczano jeszcze kilka lat po Euro). Nie chodzi tylko o stadiony, ale też remonty dróg, modernizacje portów przesiadkowych i tak dalej. Choć uczciwie trzeba dodać, iż część była, oczywiście, źle zaprojektowana i z czasem zaczęła stwarzać problemy.

Ostatecznie jednak bilans mistrzostw wypadł pod tym względem całkiem pozytywnie.

Z igrzyskami może być podobnie. Może, ale nie musi. To już bowiem inwestycje na znacznie większą skalę, choć w dużej mierze ograniczone do jednego miasta – w Polsce miałaby nim być Warszawa (o ile nic się w tej kwestii w najbliższych latach nie zmieni). Z pewnością jednak igrzyska jako takie to reklama całego kraju, nie tylko miasta-gospodarza. Dlatego tak starają się o nie państwa, którym na tej reklamie zależy.

A Polsce też powinno. Ale czy igrzyska to dobry sposób na to, by ojczyznę reklamować? Jak mogłyby wyglądać, gdyby udało się zdobyć prawo do ich organizacji? I na ile Polska – czy konkretniej: Warszawa – jest na nie gotowa już teraz?

Spis treści

  1. Igrzyska olimpijskie w Polsce. Mrzonka czy pomysł, o który warto walczyć?
  2. Cel: 2040. Czy Polska dostanie igrzyska?
  3. Igrzyska, czyli zyski nieobliczalne i... trudne do osiągnięcia
  4. Sportowa Warszawa powstałaby niemal od zera
  5. A może tak Mazowsze albo… cała Polska?
  6. Czytaj również o igrzyskach na Weszło:

Cel: 2040. Czy Polska dostanie igrzyska?

Jakub Rutnicki, minister sportu i turystyki, podczas spotkania z mediami na Stadionie Narodowym wcale nie przekonywał, iż igrzyska w Polsce muszą się odbyć. Choć zapewniał, iż to coś, do czego nasz kraj będzie dążyć. Mówił jednak wiele o tym, iż igrzyska miałyby być produktem finalnym pewnego procesu, zmiany, rozwoju kraju i stolicy pod względem sportowym, infrastruktury i wzmożenia codziennej aktywności u obywateli.

Innymi słowy: igrzyska mogą być tym punktem na horyzoncie, który stanie się motywatorem zmian – zarówno tych w skali krajowej, jak i w codziennym życiu Polaków.

I to dobre podejście. Bo tak naprawdę nie wiadomo, czy Polska ma na igrzyska szansę. Z jednej strony nowe rynki, kraje, które jeszcze igrzysk nie organizowały, to dla MKOl-u zawsze interesująca perspektywa. Z drugiej – w ostatnim czasie Komitet w przypadku igrzysk w Europie szuka raczej sprawdzonych kierunków. W 2012 roku był Londyn, a w 2024 Paryż, oba te miasta gościły olimpijską imprezę już po raz trzeci.

Nowości? Te są na innych kontynentach. Nowy był Pekin w 2008 roku, nowe było Rio de Janeiro, nowe będą też igrzyska w Brisbane, choćby jeżeli do Australii zawitają one po raz trzeci (po Melbourne 1956 i Sydney 2000). W Europie trzymamy się ostatnio sprawdzonych miejscówek – ostatnią zupełnie nową była Barcelona, w 1992 roku. Czyli naprawdę dawno.

Jakub Rutnicki

Jakub Rutnicki. Fot. Newspix

Po części wynika to też z faktu, iż MKOl, choć nieoficjalnie, to posługuje się kluczem kontynentalnym. Innymi słowy: stara się wybierać organizatorów z różnych kontynentów, by uniknąć sytuacji, w której igrzyska są na którymś z nich dwa razy z rzędu. I faktycznie tak to wygląda – ostatni raz letnie igrzyska rozegrano dwa razy z rzędu na tym samym kontynencie w latach… 1948-1952, gdy gościły je kolejno Londyn i Helsinki.

Innymi słowy: jeżeli chcemy igrzysk w 2040 roku, powinniśmy trzymać kciuki, by w 2036 otrzymał je ktoś spoza Europy. Na razie zapowiada się, iż właśnie tak się stanie, bo na faworytów wyrastają Indie i kraje Bliskiego Wschodu. Z kolei gdybyśmy chcieli zorganizować je w 2044 – a wiadomo, iż już pojawiają się pomysły, by było to na stulecie Powstania Warszawskiego – no to w 2040 przydałby się organizator z innego kontynentu, co jednak jest stosunkowo mało prawdopodobne.

Na pewno jednak warto zgłosić się do obu tych terminów. Los Angeles – które igrzyska zorganizuje w 2028 roku – otrzymało je „awansem”, gdy zgodziło się odpuścić walkę z Paryżem w sprawie organizacji igrzysk sprzed roku. W Polsce już rok temu ogłaszano, iż potencjalna walka o igrzyska w 2040 albo 2044 roku (z naciskiem na pierwszą datę) jest swego rodzaju celem. Teraz po prostu to potwierdzono i ogłoszono, iż do czerwca przyszłego roku ma powstać Strategia Rozwoju Polskiego Sportu.

– Wierzymy w ten wielki projekt. 2028 rok to kwestia już tych decyzji, które mogą mieć miejsce, o ile chodzi o kwestię przyznania Polsce organizacji igrzysk olimpijskich. To ma być budowanie dumy narodowej i spełnienie marzenia Polek i Polaków. Żaden kraj Europy Środkowo-Wschodniej nigdy wcześniej nie organizował igrzysk letnich. Myślę, iż przechodzi moment na lidera, jaką w tej części kontynentu jest dzisiaj Polska. Kraj wielki, kraj bezpieczny i kraj najszybciej rozwijający się w Unii Europejskiej – mówił wiceminister sportu i turystyki, Piotr Borys.

I to dobra narracja, idąca w stronę wyróżniania zalet Polski, ale też przypominania, iż nasz region to tereny igrzyskami jeszcze „niezagospodarowane”. Zwracamy więc uwagę na nowe miejsce. Jasne, blisko były igrzyska berlińskie, monachijskie czy choćby moskiewskie. Ale Polska to jednak kraj stojący nieco w rozkroku między Wschodem a Zachodem, który ma swoją własną tożsamość i chciałby ją pokazać na olimpijskiej scenie.

Dla MKOl-u może to być ciekawym pomysłem, a przekonać trzeba przecież właśnie Komitet, czy raczej – głosujących w sprawie organizatorów członków tegoż. Inna sprawa, iż o igrzyskach głośno myślą też od jakiegoś czasu w Budapeszcie. Trzeba by więc pokonać Węgrów. A to wcale nie byłoby tak łatwe – ci bowiem słyną z tego, iż są narodem bardzo sportowym i licznie przychodzą na wielkie imprezy. Organizacja takich u nich, przynajmniej pod tym względem, może się opłacać.

Zanim więc damy się całkowicie ponieść wodzom fantazji i uznamy, iż igrzyska dla Polski to pewniak, bo MKOl musi nas docenić, to napiszmy nieco więcej o samej organizacji tej imprezy. Czyli: czy warto? Jakie daje ona korzyści? I co mogłaby na tym zyskać konkretnie Polska?

Igrzyska, czyli zyski nieobliczalne i… trudne do osiągnięcia

Dobrze, może to trochę przesada, bo część dochodów z igrzysk jak najbardziej da się obliczyć… ale głównie tę, która trafia do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Ta kraju-organizatora jest znacznie trudniejsza do ujęcia w rozliczeniach księgowych. A to i tak to przy założeniu, iż w ogóle jakieś zyski są. O ile ta kwestia niespecjalnie obchodzi niektóre kraje, które organizowały IO w XXI wieku – jak Chiny (letnie igrzyska 2008 i zimowe 2022), Rosję (igrzyska zimowe 2014) czy starający się o organizację igrzysk Katar – o tyle wiele innych powinno.

Dużo uczą choćby przykłady Grecji i Brazylii – organizatorów odpowiednio w 2004 i 2016 roku.

Oba te kraje musiały w igrzyska sporo zainwestować. Chodziło o stworzenie dużej części infrastruktury sportowej od niemalże zera, do tego wykonano sporo prac – nazwijmy to – „rozwojowych”, dotyczących dróg, budynków, komunikacji publicznej itp. Igrzyska to impreza ogromna, wymagająca sporych nakładów finansowych. I właśnie Grecja oraz Brazylia przekonały się, iż czasami zbyt dużych.

Ateńskie igrzyska kosztowały ostatecznie – wedle szacunków – około 15 miliardów dolarów, a to kwota sprzed ponad dwóch dekad. W ramach tej sumy zbudowano lotniska, metro, linię tramwajową czy stadiony. Ale igrzyska dołożyły się do nadchodzącego kryzysu, który doprowadził Greków niemalże do bankructwa. W dodatku Ateny miały jeszcze jeden problem – wiele obiektów, które zbudowano na potrzeby 2004 roku, stało potem nieużywanych. Z raportów wynikało, iż po kilkunastu latach korzystano przez cały czas z niespełna 70 procent zbudowanych czy odnowionych wtedy aren.

W Brazylii igrzyska nałożyły się na istniejące już wcześniej problemy finansowe Rio de Janeiro, które korzystało z pomocy rządu federalnego. W pewnym momencie konieczne okazało się jednak choćby wstrzymanie… wypłat pensji urzędnikom, bo brakowało środków na organizację. Upadły też pomysły inwestycji w fawelach, które miały pomóc tym dzielnicom. W efekcie – wobec problemów finansowych miasta i pogorszenia się sytuacji życiowej wielu mieszkańców – wzrósł odsetek przestępstw, również brutalnych.

Igrzyska w Rio de Janeiro. Ceremonia zamknięcia

Ceremonia zamknięcia igrzysk w Rio. Pieniądze na ich organizację poszły – jak te fajerwerki – z dymem, bo wiele z nich przepalono w piecu. A potem zaczął się kryzys. Fot. Newspix

W przeszłości też bywało z igrzyskami różnie. Organizujący je w 1976 roku Montreal spłacał długi jeszcze kilka dekad później. W ostatnich latach coraz częściej zdarza się, iż miasta zgłaszające się do organizacji igrzysk, ostatecznie się z kandydatury wycofują. W 2024 roku postąpiły tak władze Nowego Jorku oraz Hamburga (który spytał o zdanie mieszkańców w referendum), w przeszłości wycofywał się też na przykład przywoływany już Budapeszt.

Innymi słowy: igrzyska (choć MKOl twierdzi w swoich raportach, iż organizacja igrzysk nie tylko nie powiększyła, ale wręcz opóźniła kryzysy w Grecji i Brazylii) średnio się opłacają. Chyba iż jest się krajem, który na koszty nie patrzy, jak wspominane Chiny czy Rosja. Wtedy organizacja takiej imprezy ma służyć celom propagandowym (co akurat w jakimś stopniu dotyczy wszystkich krajów-organizatorów), na czele ze sportswashingiem, uprawianym na świecie już nagminnie.

Ale jest też druga możliwość. Igrzyska mają bowiem sens również wtedy, gdy ma się na nie pomysł – jak Paryż.

Stolica Francji zorganizowała igrzyska w sposób wręcz wzorcowy, bo postanowiono tam wkomponować je w historyczną warstwę miasta i okolic. Jeździectwo odbywało się na terenach Wersalu, ceremonia otwarcia na Sekwanie, wszelkie istniejące i spełniające wymogi hale sportowe czy widowiskowe zostały dostosowane na potrzeby igrzysk. Od zera wybudowano tak naprawdę… trzy obiekty. To komfort, na który mało kto może sobie pozwolić. A już na pewno nie Warszawa, do czego zaraz przejdziemy.

W każdym razie – budżet paryskich igrzysk wyniósł 8,8 miliarda euro, a potem najpewniej został nieco przekroczony, choćby za sprawą potrzeby dokładnego czyszczenia Sekwany. Dodatkowe środki wykładano z publicznych pieniędzy, co, oczywiście, budziło sprzeciw wielu osób i środowisk. Innymi słowy – choćby igrzyska rozplanowane w ramach istniejącej infrastruktury, i tak wykreowały ponadplanowe koszty. Ale łącznie kosztowały mniej, niż poprzednie edycje.

Igrzyska w Paryżu 2024

Do dziś jednak nie wiadomo, czy na siebie zarobiły. Bo owszem, zanotowano standardowy wzrost turystyki, skorzystały na tym branże noclegowa i restauracyjna oraz wiele innych. Czy jednak igrzyska się dla władz Paryża i Francji spłaciły? Tego dowiemy się najpewniej w dłuższej perspektywie czasowej – bo dziś igrzyska są właśnie długofalową inwestycją. Zarówno w rozwój infrastrukturalny, jak i sportowy.

Polska skorzystałaby prawdopodobnie na każdym polu, również marketingowym. Ale czy byłoby warto?

Sportowa Warszawa powstałaby niemal od zera

Główną areną warszawskich igrzysk miałby być Stadion Narodowy. Tyle iż w ministerstwie mówią, iż trzeba by go przebudować. Powodów jest kilka – na dzisiaj to po prostu stosunkowo mały obiekt, szczególnie jak na główny stadion w kraju. Przebudowa miałaby też pomóc walczyć o finały wielkich imprez klubowych czy w ogóle o wielkie imprezy piłkarskie w Polsce. Trzecim powodem – na dziś równie istotnym – są igrzyska. Tu jednak mówi się dodatkowo o dorzuceniu na Narodowy bieżni lekkoatletycznej.

A to – ujmując sprawę delikatnie – nie bardzo się wszystkim podoba. I będzie budzić kontrowersje.

Hale sportowe? No z tym w stolicy jest kiepsko, łagodnie rzecz ujmując. Największy jest staruszek – i widać w środku, iż swoje lata ma – czyli Torwar. Mieści niespełna 5000 widzów. Potem pozostało Arena Ursynów na 2000 miejsc i hala na Bemowie, na niespełna 1500. Wiadomo już, iż powstanie kolejna hala na obiektach Skry – według projektu mieścić ma 6000 widzów. jeżeli do skutku dojdzie również projekt przebudowy stadionu Polonii, to i tam ma pojawić się hala. Ale skromna, na 2000 fanów.

I to tyle. Gdy porównamy to do obiektów użytych w czasie igrzysk w Paryżu, to Warszawa przyjmuje mocnego sierpowego na korpus.

Torwar. Warszawa

Torwar w środku, przy okazji meczu PlusLigi. Fot. Newspix

Francuska metropolia miała do dyspozycji następujące obiekty: główny stadion na 77000 widzów i kolejny, na 18000. Tenis i finały boksu zorganizowano z kolei na zadaszonym obiekcie Philippe’a Chatriera, w kompleksie Rolanda Garrosa. Mieści on na co dzień 15000 widzów. Na potrzeby sportów wodnych rozgrywanych pod dachem wybrano halę o pojemności 17000 miejsc i drugą, mieszczącą skromnych 5000. Do tego dochodziły, by nie wymieniać już każdej z osobna, kolejne hale – łącznie sześć, każda większa od Torwaru. A jedna bardziej pojemna od największej pod tym względem w Polsce krakowskiej Tauron Areny.

A do tego welodrom (5000), strzelnica (3000) i miejscówki na odkrytym terenie, stworzone na potrzeby wspinaczki sportowej (do 6000 widzów), koszykówki 3×3 (około 5000), jeździectwa (nawet kilkanaście tysięcy fanów) i tak dalej. Nie wymieniamy tu wszystkich, bo to długa wyliczanka, a dopisać można by jeszcze stadiony piłkarskie z innych francuskich miejscowości (choć tu akurat problemu byśmy nie mieli). I obiekty dla wioślarstwa, kajakarstwa, golfa, kolarstwa górskiego…

Przy dobrym planowaniu kalendarza, możliwe, iż może dałoby się upchnąć igrzyska na dwóch, może trzech halach mniej. Ale to i tak o wiele więcej, niż Warszawa ma… i niż planuje na ten moment mieć.

To zresztą problem podwójny. Igrzyska się bowiem rozrastają. Owszem, MKOl stara się to kontrolować, jeżeli coś dodaje, to i próbuje odjąć. Ale co jakiś czas trafiają się zupełnie nowe sporty. W ostatnich edycjach doszła koszykówka 3×3, surfing, skateboarding, a każdy organizator ma prawo też zgłosić swoje propozycje sportów i można sobie wyobrazić, iż Polacy też coś by znaleźli. Sportowa Warszawa musiałaby się więc na potrzeby igrzysk kompletnie zmienić, by pomieścić te wszystkie dyscypliny.

I najlepiej byłoby, gdyby działo się to już teraz. Budowa hali na Skrze to kropla w morzu olimpijskich potrzeb, wręcz kropelka. A jeżeli chce się igrzysk, to warto zaryzykować i zainwestować w część obiektów już wcześniej. Dlaczego? Bo za kilka lat wszystko najpewniej będzie droższe. Im dalej w kalendarz, tym kosztowniejsze mogą okazać się igrzyska olimpijskie. Może się okazać, iż mówimy już nie o kilkunastu, a dobrze ponad 20 miliardach dolarów.

Może się też okazać, iż to koszty, których nie będą chcieli ponosić obywatele. Bo w innych krajach, jak już wspomnieliśmy, bywało i tak. Ten temat jednak zostawmy, bo nie wiemy, jakie będzie nastawienie do igrzysk za kilka lat. A zresztą dla Warszawy i Polski mogłaby istnieć jeszcze jedna, nieco mniej kosztowna, droga. O ile Międzynarodowy Komitet Olimpijski zacznie się uginać.

A chyba zaczyna.

A może tak Mazowsze albo… cała Polska?

W 2030 roku zimowe igrzyska olimpijskie odbędą się w Alpach Francuskich. I to swego rodzaju przełom. Francuska impreza będzie bowiem pierwszym przypadkiem w dziejach igrzysk, gdy w nazwie nie znajdzie się konkretna miejscowość, a region. Zresztą schematy przełamują już tak naprawdę po trosze Mediolan-Cortina d’Ampezzo, a więc igrzyska, które odbędą się jeszcze tej zimy.

Bo to pierwszy raz, gdy organizator jest „podwójny”, a nie ograniczony do jednej miejscowości (na marginesie: z Mediolanu do Cortiny jedzie się samochodem ponad cztery godziny).

Zresztą gdyby niczego nie udawać i nie ukrywać, to już od dawna można by w nazwach igrzysk umieszczać więcej miejscowości. Paryskie igrzyska rozrastały się też na Lille (koszykówka i piłka ręczna), Vaires-sur-Marne (wioślarstwo i kajakarstwo), Marsylię, Lyon, Bordeaux, Saint-Etienne, Niceę i Nantes (wszystkie organizowały mecze turnieju piłki nożnej, Marsylia również konkurencje żeglarskie), Chateauroux (strzelectwo), a choćby na odległe o… kilkanaście tysięcy kilometrów Tahiti, gdzie o medale walczyli surferzy.

Na mapie Francji olimpijskie punkty całkiem równo pokrywają więc w efekcie adekwatnie cały kraj.

Tahiti. Igrzyska 2024

Olimpijskie podium na Tahiti. Fot. Newspix

W przeszłości też tak bywało – gdy igrzyska odbywały się w Moskwie, żeglarze rywalizowali w Tallinnie. W 1956 roku przy okazji rywalizacji w Melbourne, konkurencje jeździeckie (ze względu na kwarantannę zwierząt) rozegrano w… Sztokholmie. Przykłady można mnożyć – choćby na igrzyskach w Tokio, cztery lata temu, chód i maraton rozegrano w Sapporo, by zniwelować skutki upałów.

Powstaje więc pytanie – czy możliwe, by w przyszłości igrzyska zaczęły organizować nie miasta, a regiony, a choćby całe kraje?

Bo Polska, choć jest krajem sporym, to całkiem „okrągłym”, wszędzie jest stosunkowo blisko. Mamy do tego niezłe połączenia między większością największych miejscowości, a do 2040 (2044?) można by je udoskonalić – zarówno te drogowe, jak i kolejowe czy powietrzne. Wyobrazić można sobie więc stosunkowo łatwo scenariusz, w którym część konkurencji „ląduje” w innych miastach. W całym kraju z pewnością i tak rozgrywany byłby turniej piłkarski.

Czy coś jednak stoi na przeszkodzie, by turniej siatkówki zorganizować w dobrze znanej kibicom łódzkiej Atlas Arenie (do której dojazd z Warszawy jest komfortowy)? Turniej piłki manualnej wysłać z kolei – na przykład – do Krakowa? Domem wspinaczki w Polsce jest z kolei Lublin, więc może warto by i tam zaprosić kibiców. Spore hale są w Gliwicach (druga największa w Polsce), a także w bliższych Warszawie Płocku czy Radomiu. Katowice, Bydgoszcz czy Toruń też mają obiekty, którymi mogą się chwalić. Największy pod względem pojemności trybun basen olimpijski w kraju – choć pewnie i tak nieco za mały – znajduje się z kolei w Poznaniu, tam też są tory wioślarskie i kajakarskie.

Innymi słowy: infrastruktura istnieje. Tyle iż nie w samej Warszawie.

Problem w tym, ze zgłoszenie projektu, w którym kandydowałby cały kraj, byłoby pomysłem co najmniej ryzykownym. Jednak już przy okazji igrzysk europejskich w Krakowie część konkurencji rozgrywano z dala od niego – lekkoatletyka gościła przecież wówczas na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Polska więc w pewnym sensie przetestowała takie rozwiązania. Z drugiej strony osłabiało to nieco ideę tego typu imprezy, pewnie trudniej byłoby też poczuć atmosferę wioski olimpijskiej, która musiałaby być rozrzucona po kraju.

Więc może chociaż region (jak Mazowsze) albo mieszanka dwóch? Pomiędzy Warszawą a Łodzią czy Radomiem są dobre połączenia, dojedzie się w maksymalnie dwie godziny. Płock – podobnie. Takie rozwiązanie z pewnością ograniczyłoby nieco koszty i pozwoliło zareklamować się igrzyskami więcej niż tylko stolicy kraju. A skoro Alpy Francuskie mogą… to wystarczy wymyślić chwytliwą nazwę i próbować.

Bo jeżeli chcemy obstawać przy Warszawie, to musimy przygotować dużo pieniędzy, a mieszkańców stolicy uczulić na to, iż przez kolejnych kilkanaście lat mogą być świadkami wielu remontów, mijać mnóstwo placów budowy i napotykać na swojej drodze ciągłe utrudnienia.

Co nie oznacza, iż to wszystko się nie opłaci. Bo jak najbardziej może.

Ale gwarancji nikt na to nie da.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj również o igrzyskach na Weszło:

  • Zimowe igrzyska w przyszłości, czyli biegi, kolarstwo i… judo?
  • Polscy sportowcy na igrzyskach… przed Polską. Występy pod zaborami
  • Enhanced Games, czyli igrzyska na dopingu. „Pierwsza śmierć wszystko popsuje”
Idź do oryginalnego materiału